Miasto Bohater i dwa wielkie święta

1 maja 1945 roku cztery miasta radzieckie otrzymały tytuł „Bohatera”. Obok Leningradu, Stalingradu i Sewastopolu, za męstwo w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, wyróżniona została Odessa. Pobyt w legendarnym mieście nad Morzem Czarnym miał być „wisienką na torcie” mojej sierpniowej wyprawy. Tak się złożyło, że 23 sierpnia Ukraińcy obchodzili Święto Flagi, a dzień później świętowali odzyskanie niepodległości. Te dwa ważne dla niezwykle patriotycznego w ostatnich miesiącach narodu okazały się być świetną okazją, by poznać Odessę z innej strony. Gwarne i zatłoczone miasto zdominowane było przez niebiesko-żółte motywy, flagi powiewały praktycznie na każdym budynku, a w tłumie ludzi nie trudno było dostrzec ubranych w tradycyjne wyszywanki. Wszystko przypominało wielki festyn, podczas którego sprzedaje się najróżniejsze patriotyczne gadżety made in China.

Richelieu brata się z ukraińskim folklorem / fot. W. Filiks

Dochody ze sprzedaży większości bazarowego towaru rzekomo miały trafić na potrzeby Sił Zbrojnych Ukrainy walczących w strefie ATO. Ze sceny rozstawionej obok Schodów Potiomkinowskich raz po raz dało się słyszeć głośne „Слава Україні” („Sława Ukrainie”), a także piosenki opiewające piękno i chwałę kraju, śpiewane… po rosyjsku. Patriotyzm wisiał w powietrzu, mieszając się z zachwytem turystów, fotografujących dziewiętnastowieczne budynki. Ukraińską koszulę ubrał nawet pomnik Armanda-Emmanuela du Plessis, księcia Richelieu, dzięki któremu Odessa może pochwalić się pięknymi zabytkami. Niezwykle patetyczna atmosfera po kilku godzinach przechadzki stawała się nie do wytrzymania. Na szczęście bogata oferta gastronomiczna odeskich restauracji i pubów pozwalała na wyciszenie się z dala od patriotycznych celebracji.

Miasto Bohater – Odessa – to przede wszystkim niezliczone zabytki architektury. Znajdziemy tam nie tylko Muzeum Literatury, ale również kamienice, które zamieszkiwały największe nazwiska rosyjskiego pisarstwa – Gogol, Czechow, Puszkin. W innej pomieszkiwał pod koniec życia autor słynnego Jeziora Łabędziego, Piotr Czajkowski. Oczywiście, jak to w zwyczaju mają ukraińskie miasta,z jednego z cokołów na przechodniów spogląda Taras Szewczenko, z innego Iwan Franko. Współżycie rosyjskich i ukraińskich klasyków doskonale dopełnia syntezę wpływów obu narodów na kształt Odessy. Nie sposób pominąć jakże ważnego dla Polaków Adama Mickiewicza, którego dom znajduje się przy ulicy Deribasowskiej, jednego z głównych deptaków w centrum.

Gmach Teatru Opery i Baletu w Odessie / fot. W. Filiks

Godnymi wspomnienia pamiątkami architektury są jeszcze: Teatr Opery i Baletu, Sobór Przemienienia Pańskiego i wreszcie słynne Schody Potiomkinowskie, które stały się jednym z symboli miasta po premierze filmu Pancernik Potiomkin w 1925 roku. Obecność wielu wspaniałych budowli nie przeszkadza jednak zieleni miejskiej. Duże i zadbane parki w centrum miasta to świetna alternatywa dla zatłoczonych ulic. Skwery i zieleńce zawsze pełne są turystów i wykorzystujących grubość portfeli posiadaczy różnorakich egzotycznych zwierząt, którzy drogo sobie liczą za możliwość sfotografowania się z oswojonym orłem lub wężem.

Centrum Odessy nie pasuje do ukraińskiego krajobrazu. Ba, centrum Odessy nie pasuje do samej Odessy! Wystarczy oddalić się o kilkaset metrów od zatłoczonych, gwarnych bulwarów, by naszym oczom ukazały się odrapane ściany zapomnianych kamienic i wszechobecny brud. Nawet poruszając się po śródmieściu, na niektórych mostach można zaobserwować jak żyje niższa warstwa społeczna czarnomorskiego kurortu. Nie wszystko wygląda tak, jak na pocztówkach z dopiskiem; „Całuję, Andriej”.

Nadmorski klimat sprzyja dobremu samopoczuciu. Gdy temperatura powietrza oscyluje wokół dwudziestej kreski, Nabierieżnaja pełna jest nagich i owłosionych klat, na których połyskuje złoty łańcuch – stereotypowy wyznacznik ruskiego standardu. Odeskie plaże, wypełnione po brzegi, raz po raz patrolowane są przez jednostki milicji. Instytucja ta wciąż budzi respekt wśród zgromadzonych, dzięki czemu nie ma ekscesów. Co może dziwić turystę, który przyzwyczaił się do nadbałtyckich lodów, paluchów, jagodzianek i kukurydzy? Brak smażalni ryb nad Morzem Czarnym! Tak, tak, nie spotkamy tu kiczowatych budek z wymienionymi „przysmakami” i ani jednego baru z rybkami. Odessa prezentuje tutaj poziom iście zachodnioeuropejski z delikatną nutą rosyjskiej dekadencji. I to się chwali.

Historia jednej pocztówki

Po majowych starciach pomiędzy prorosyjskimi aktywistami i popierającymi jedność Ukrainy demonstrantami zostały tylko wspomnienia świadków. Zaledwie trzy miesiące później Odessa żyje jak dawniej. Zwycięstwo opcji ukraińskiej w zamieszkach wykorzystywane jest teraz w propagandzie. Miasto znów zasłużyło sobie na miano Bohatera. Może dzięki temu przechodnie, przechodząc obok punktów zbiórki funduszy dla wojsk rządowych na wschodzie kraju, tak chętnie dzielą się hrywnami.

W zwiedzaniu Odessy towarzyszyła nam dziewiętnastoletnia mieszkanka Dniepropietrowska, Ania. W latach 2012-2013 aktywnie partycypowałem w projekcie Postcrossing, który polega na korespondencji pocztówkowej z losowymi osobami z całego świata. Kontakt z osobą, której wysyłało się kartkę, kończył się potwierdzeniem przez nią odbioru przesyłki i krótkimi podziękowaniami. Ponieważ chciałem ćwiczyć swój język z kimś z obszaru rosyjskojęzycznego, zaznaczyłem chęć wymiany „direct swap”, która odbywa się poza statystykami Postcrossing. Pewnego dnia odezwała się właśnie Anna i zaproponowała korespondencję, która trwa już półtora roku.

Mając w planach przyjazd do Odessy, udało mi się nakłonić ją, by przyjechała chociaż na jeden dzień. Była to jej pierwsza daleka podróż, nie licząc wycieczki do Kijowa. Najbardziej urzekła ją chyba architektura. Ania studiuje w Dniepropietrowskim Kolegium Teatralno-Artystycznym i kończy właśnie ostatni rok edukacji na profilu malarskim. System edukacji na Ukrainie zakłada, że wykształcenie wyższe uzyskuje się po ukończeniu właśnie tego typu szkoły, po czym można kontynuować edukację w systemie dwuletnim i uzyskać tytuł licencjata (бакалавр). Kończąc kurs w wieku dwudziestu lat można już podjąć pracę w swojej specjalizacji, aczkolwiek artyści na Ukrainie nie mają łatwego życia. Zawód ten zazwyczaj nie przynosi ogromnych korzyści pieniężnych, ale z pewnością daje dużo satysfakcji fascynatom sztuk pięknych.

Ania wyjątkowo przejmuje się wydarzeniami we wschodniej części swojego ukochanego kraju. Nie wykazuje zainteresowania polityką, ale boi się z bardziej przyziemnych powodów. Chodzi o jej brata i ojca, których w każdej chwili mogą powołać do wojska. Z opowieści zna strach matki, gdy jej męża wywieźli w 1986 roku do Prypeci, by pracował jako likwidator skutków awarii w czarnobylskiej elektrowni atomowej. Pomimo pozornego uśmiechu, w oczach Ani było widać strach i żal, że w obwodzie sąsiadującym z jej rodzinnymi terenami giną ludzie.

W czasach, gdy komunikacja internetowa zdominowała nasze relacje, spotkanie z osobą poznaną poprzez sieć było wydarzeniem niezwykle ciekawym. Niestety, nic nie trwa wiecznie i po rewelacyjnym weekendzie, przyszedł czas, by opuścić Odessę. Z monumentalnego dworca kolejowego odjeżdżał nasz pociąg, który po dwunastu godzinach, o dziesiątej rano, miał się zatrzymać we Lwowie. Dalej trasa już znana: marszrutka do granicy, mikrobus do Przemyśla i dłużąca się jazda pociągiem do Katowic. Jak to jest, że za każdym razem, gdy jestem we Lwowie, pada deszcz? Być może między innymi z tego powodu nie odczuwam sentymentu do miasta Lwa. Choć musze przyznać, że śródmieście jest niezwykle romantyczne w niedzielę wieczorem, gdy na ulicę wychodzą lokalni grajkowie, a kawiarnie i bary wypełniają się promiennymi twarzami.

Dwa tygodnie w Mołdawii i weekend w Odessie nauczyły mnie wielu rzeczy. Zauważyłem jakiś czas temu, że im ludzie biedniejsi, tym bardziej szczęśliwi są i potrafią czerpać więcej radości z codziennych spraw. Sam zacząłem inaczej postrzegać błahostki ludzkiego życia. Szeroki dostęp do świeżych i niedrogich owoców i warzyw spowodował, że zdeklarowałem próbę przejścia na wegetarianizm. Póki co, od powrotu do domu nie sięgnąłem po mięso. Może to się wydać kuriozalne, ale pomimo szerokiego dostępu do wiedzy, podróże wciąż kształcą. Niezwykłe jest to uczucie, gdy możemy na własnej skórze przeżywać rozterki i uniesienia znane z przewodników turystycznych, czy reportaży. Nie bójmy się podróżować. Korzystajmy z życia póki możemy. Tylko taka konkluzja nasuwa mi się, gdy zaczynam układać sobie plany na kolejne wakacje.

Wadim Filiks

***

Wyprawa do Odessy. Fotorelacja


___

fot. W. Filiks

Część I: Kierunek – wschód! Wyprawa do Mołdawii