Wojna – miłość – cierpienie. Ten tercet wydaje się wyznaczać rytm światowej literatury nieprzerwanie od jej narodzin. Tworzył najpiękniejsze historie, miliony, a może i miliardy czytelników doprowadzał do łez smutku i szczęścia. Tym razem na pojedynek z tą odwieczną materią zdecydował się Michaił Szyszkin – jeden z najbardziej obiecujących współczesnych autorów rosyjskich, nazywany przez część krytyków następcą Nabokova.

Czytelnik zostaje wrzucony w dobrze znaną historię, podstawę setek książek i scenariuszy filmowych – para zakochanych, mężczyzna odchodzi na wojnę, kobieta zostaje w domu i czeka na jego powrót. Jest kilka sztampowych możliwości wyjścia z tej sytuacji: hollywoodzka – zakończona happy endem, tragiczna – doprowadzająca do śmierci, albo podwójnej śmierci i szyszkinowska – odkrywająca głębie psychiki obu stron, za pomocą listów rozpruwająca ich przeszłość, niszcząca teraźniejszość, w której muszą egzystować.

Szyszkin uwielbia grać na emocjach, uwielbia rzucać na sprawy zwykłe niezwykłe światło. Taka jest właśnie powieść Nie dochodzą tylko listy nienapisane – całkiem udana próba przywrócenia powieści epistolarnej dawnej świetności. Prowadzony konsekwentnie od pierwszej do ostatniej strony dialog dwojga zakochanych osób, rozdzielonych nie tylko przez wojnę, ale i przez czas, który postanowił się nimi okrutnie zabawić, może być różnie oceniany. Na pewno podjęcie tak wysłużonego tematu wymagało niemałej odwagi, na pewno Szyszkin zrobił też wszystko, by uciec od niezwykle niebezpiecznej pułapki – popadnięcia w banał. Ale czy to mu się udało? Niezwykle łatwo odnieść wrażenie, że nie. Ciężko tu mówić o jakichkolwiek brakach warsztatowych czy błędnej koncepcji utworu. Do stylu pisarza, w pełni prezentującego jego erudycję i niezwykłą zręczność, nie można mieć zastrzeżeń. Poruszana problematyka też nie należy do błahych i, pomimo jej usilnego wałkowania od czasów Homera aż do współczesności, broni się i pozwala wyławiać z tego ogromnego potoku utworów poświęconych wojnie, miłości i przemijaniu. Problemem jest naiwność – bardzo subtelna, ledwie wyczuwalna w niektórych partiach książki, ale jednak obecna. Daleko tej naiwności do kiczu kompletnego, daleko nawet do dodającej uroku naiwności znanej z popularnych powieści dla pań. I być może to właśnie jest bolesne – Nie dochodzą tylko listy nienapisane mogła stać się książką naprawdę dobrą – wyważoną, ze świetnie poprowadzonymi partiami odsłaniającymi psychikę kobiety i mężczyzny współcierpiących przez oddalenie, współcierpiących w obliczu śmierci, w obliczu straconego życia i w obliczu tragedii dnia codziennego.

Pozwolę sobie na deliberację – gdyby Michaił Szyszkin przerysował niektóre wątki, wplótł w tragiczne wydarzenia towarzyszące chińskiemu Powstaniu Bokserów, w których udział bierze główny bohater, sceny rodem z Hollywood – byłoby do pewnego stopnia tandetnie, ale w dalszym ciągu znośnie dla odbiorcy, tym bardziej dla odbiorcy masowego. Powieść zmieniłaby swój targeting i to byłoby jedyną konsekwencją, która być może wpłynęłaby pozytywnie na wyniki sprzedaży, a całą historię fanki melodramatu Casablanca czytałyby z wypiekami na twarzy i paczką chusteczek u boku. Tak się jednak nie stało, nie ma Hollywoodu, nie ma też rozwiązań znanych ze szkoły radzieckiej – jest jej przełamanie, próba gwałtownego zwrócenia się ku Zachodowi, ale zwrócenia nieporadnego. To, co w nowoczesnej, dobrej prozie zwykliśmy nazywać wyrafinowaną erotyką, w Nie dochodzą tylko listy nienapisane jest często wulgarne, zbyt kontrowersyjne i po prostu niesmaczne. To, co powinno być delikatną aluzją, często bywa zbyt krzykliwe i zakłóca odbiór obrazu.

Ostatnim już zarzutem (dodajmy, że bardzo subiektywnym) wobec powieści Szyszkina jest jej odrealnienie. Bohaterów moglibyśmy wrzucić w nurt dowolnego konfliktu, za tło mogłoby posłużyć dowolne państwo, w dowolnym okresie historycznym. Oczywiście, nic w tym złego i nic dziwnego – takie same cechy znajdziemy w wielkich powieściach, zasłużenie zajmujących miejsce w literackim kanonie. Dla prozy rosyjskiej jest to jednak kompletne novum. Ta od wieków słynęła z obecnego nawet w najdrobniejszym detalu odbicia charakterystycznej, rosyjskiej mentalności. To, co zapoczątkował Lermontow, to, co rozwinęli Dostojewski i Tołstoj, posłużyło za glebę, na którym (chcąc nie chcąc) musiała wyrastać powieść rosyjska. Szyszkin jednak zdecydowanie się od tego odcina – utwór pozbawiony okładki i nazwiska autora staje się uniwersalnym obrazem życia, ale nie obrazem życia rosyjskiego. Czytelnik żądny Rosji, zachłyśnięcia się nią, poczucia tego, czym ona jest, nie odnajdzie tutaj duszy kraju, którego nie potrafił pojąć sam Tiutczew.

Czy wobec tego Nie dochodzą tylko listy nienapisane to powieść zła? Nie. Jest to przede wszystkim utwór dopracowany. Konsekwentnie poprowadzona fabuła wciąga (choć epistolarna forma wcale tego nie ułatwia!) i, co najważniejsze, nie rozmywa się, jest spójna jak akcja dobrego thrillera. Czy warto ją przeczytać? Jeśli szukamy czegoś lekkiego, ale zarazem nie pozbawionego ambicji, czegoś, co pozwoli nam odetchnąć w czasie przedświątecznej krzątaniny, to jak najbardziej. Warto sięgnąć po tę pozycję także z innego powodu – dla samego skosztowania tego, jak się teraz pisze i jak zmienia się oblicze rosyjskiej literatury, coraz bardziej europejskiej i skierowanej nie tylko na rodzimy rynek.

Paweł Łaniewski

Michaił Szyszkin, Nie dochodzą tylko listy nienapisane, Tłum. Magdalena Hornung, Oficyna Literacka Noir Sur Blanc, Warszawa 2013.