Pierwszy film Aleksieja Fiedorczenko, który miałam okazję obejrzeć to Pierwsi na księżycu opisujący historię próbnych lotów kosmicznych astronautów sowieckich w latach 30. minionego stulecia. Produkcja ta należy do gatunku zwanego „mockumentary”, gdzie fikcyjna fabuła przedstawiona zostaje w formie filmu dokumentalnego. Dlaczego przy recenzji Milczących dusz wspominam właśnie ten film? Odpowiedź jest prosta: podobnie jak przy realizacji kosmicznego para-dokumentu, reżyser po raz kolejny dopuszcza się mistyfikacji, dzięki której udaje mu się uzyskać niezwykłą atmosferę filmu.

Milczące dusze to poetycka opowieść, a zastosowana w niej gra pozorów dotyczy całkiem innych wątków oraz ma zdecydowanie bardziej zawężony zakres niż we wcześniejszym obrazie reżysera. Prezentowana historia dzieje się w ciągu jednego dnia, a bohaterami są zwykli ludzie.

Mironowi Aleksjewiczowi umiera żona. Miron pragnie pochować ją według tradycyjnego obrządku, prosząc o pomoc fotografa pracującego w tej samej fabryce. W czasie drogi do miejsca, gdzie Miron wraz z żoną spędzili miesiąc miodowy, a gdzie ma zamiar pozostawić prochy żony, wdowiec opowiada swojemu towarzyszowi wzruszające i bardzo intymne historie związane z jego małżeństwem. Głównym bohaterem tego obrazu jest jednak Aist Wsiewołodowicz, towarzysz Mirona. Wplata on w swój monolog wspomnienia o ojcu, domu rodzinnym oraz ukochanej.

Z tych kilku zdań zarysowujących fabułę obrazu, trudno nie dostrzec, że Milczące dusze to film drogi. Już od pierwszego kadru „jesteśmy w ruchu”. Podążamy śladem głównego bohatera, który wraca na rowerze z klatką tytułowych trznadli kupionych na targu (rosyjski tytuł w dosłownym tłumaczeniu to Trznadle). Jednak to nie tylko droga w sensie dosłownym, którą pokonuje się rowerem, samochodem bądź łodzią, ale i droga w jej symbolicznym wymiarze. Bohaterowie podążają swoją wybraną, określoną ścieżką życia, by dotrzeć do celu, choć sami nie wiedzą, co nim tak naprawdę jest, nie są w stanie go nazwać. Koniec ich poszukiwań zawsze znajduje się jednak w miejscu, które było ich początkiem – w wodzie, symbolu oczyszczenia, narodzin, śmierci, ale i nieśmiertelności, bezsilności, zmiany. To właśnie do niej Miron składa spalone ciało żony, ojciec Aista wrzuca swoją maszynę do pisania, składając ofiarę największemu z żywiołów i oczekując łask od losu. Woda towarzyszy bohaterom od samego początku do końca, ten żywioł „ma” władzę, siłę i „rządzi” ludzkim losem. Woda wzywa do siebie.

Droga w obrazie Fiedorczenko to również symbol życia – życia, które przemija. Umiera Tania, umiera matka Aista, później ojciec, ale ich śmierci towarzyszy również koniec i przemijanie czegoś wyjątkowego – koniec tradycji. Obrzędy niewielkiego ugrofińskiego plemienia, które osiedliło się na terenach północno zachodniej Rosji, opisane przez Aista, „umierają” wraz z ludźmi, którzy je kultywowali. Bohaterowie godzą się na to, są świadomi przemijania i śmierci. Wobec tego wszystkiego są bezsilni, bezbronni, kapitulują. Miron nie rozpacza, swój smutek oraz tęsknotę ukrywa, okazując je zdawkowymi ruchami oraz gestami podczas pożegnania żony.

Atmosfera tęsknoty za kimś lub czymś przenika świat przedstawiony filmu. Los człowieka ściera się z losem kultury i przyrody. Te wszystkie elementy przeplatają się tworząc niepowtarzalną całość. Niesamowity klimat został uzyskany dzięki zdjęciom operatora Michaiła Krichmana, który współpracował m.in. z Andriejem Zwiagincewem przy Powrocie i Wygnaniu. To dzięki jego zdjęciom wydobywa się na naszych oczach piękno nadwołżańskich terenów. Warto zwrócić uwagę na stronę wizualną filmu, na grę aktorów. Bohaterowie prowadzą ze sobą lapidarne rozmowy, słowa zajmują znikomą część w filmie. Wypiera je gest, spojrzenie, niedomówienie, cisza. Tania nie wypowiada ani jednego słowa. Uwaga skupiona jest na jej ciele, to ono podlega szczegółowej analizie, kobiece wdzięki „tworzą” obrazy. Jednak Miron Aleksiejewicz nie kochał tylko tego ciała, wprost przeciwnie – darzył Tanię uczuciem, a nie tylko jej pożądał. Wraz z rozwojem akcji dowiadujemy się, że ona sama również kochała, miała prawo do tego uczucia. I to właśnie dzięki tej miłości, będącej jednym z tematów podejmowanych w filmie, bohaterowie mają możliwość bycia wolnymi, nieśmiertelnymi, to dzięki niej udaje im się zmagać ze wszelkimi przeciwnościami losu.

Na koniec warto zwrócić uwagę na rolę fikcji w filmie, która widoczna jest przede wszystkim w obrazach obrzędów społeczności Maryjczyków – plemienia zamieszkującego nadwołżańskie tereny. Większość przedstawionych rytuałów nie istnieje, są one jedynie wymysłem reżysera. Chociaż taki zabieg może niektórych oburzać, trudno mieć za złe twórcy wprowadzenie ich do filmu. Bez wątpienia tworzą one integralną całość, dopełniają prezentowany obraz, uzupełniają. Rytuały obmywania ciała, przygotowania panny młodej do ślubu czy osoby zmarłej w ostatnią drogę, pozostają długo w pamięci widza.

Film Fiedorczenko to świadectwo tradycji, kultury i obraz duszy rosyjskiej. Warto przemierzyć wraz z bohaterami ich drogę, by stać się świadkami tego wszystkiego i – chociaż przez chwilę – poczuć tę niezwykłą atmosferę przemijania – przemijania życia, ciała, każdej chwili…

Magdalena Biernat

Milczące dusze, tytuł oryginalny: Овсянки, reż. Aleksiej Fiedorczenko, Rosja 2010