O książce Gogol w czasach Google’a można by pisać dużo, stosując przy tym wiele epitetów i analizując pod wieloma względami każdy spośród 96 tekstów, które znalazły się w zbiorze. Najlepszą i niezwykle trafną recenzję książki napisał sam Wiktor Jerofiejew. A jeśli mistrz słowa i jeden z najważniejszych współczesnych rosyjskich pisarzy komentuje dzieło zagranicznego twórcy słowami: „Sensacja! Okazuje się, że Rosję można zrozumieć”, oznaczać może to tylko jedno – dziennikarską autentyczność, na którą składa się niespotykana znajomość tematu, świetny warsztat i prawdziwie słowiańska dusza.

Zasadniczym celem książki Radziwinowicza jest przybliżenie rodzimym czytelnikom tajemnicy, jaką wciąż wydaje się być nasz wschodni sąsiad. Wśród „zachodnich” czytelników utarło się już przekonanie, że tego olbrzymiego imperium zrozumieć się nie da, a rosyjską mentalność, tak samo jak miłość do tej szarej rzeczywistości, którą z taką precyzją przedstawił Wacław Radziwinowicz, trzeba mieć po prostu we krwi. Receptę na Rosję ma chyba Gazeta Wyborcza, bo to kolejny, po Jacku Hugo-Baderze i Andrzeju Poczobucie, związany z nią dziennikarz, którego śmiało można nazwać znawcą realiów rosyjskich.

Artykuły z lat 1998-2012 przedstawiają Rosję na rozdrożu – mocarstwo w okresie dziejowych przemian i społeczeństwo stojące przed obliczem olbrzymich, choć z punktu widzenia światowej polityki niedostrzegalnych, problemów. Rzeczywistość wyłaniająca się z relacji autora mogłaby stać się elementem scenariusza idealnej czernuchy. Krajem rządzi mafia i skorumpowana milicja (obecnie nazywana policją), a obok siejących nienawiść na tle rasowym nacjonalistów na scenie politycznej ciągle olbrzymie wpływy posiadają komuniści. Jedni i drudzy cieszą się przy tym poparciem milionów zagubionych w nowych realiach Rosjan. Naród wydaje się być ubezwłasnowolnionym obserwatorem codziennych zmagań – wojna, którą opisuje Wacław Radziwinowicz toczy się nie tylko w Czeczenii – równie krwawe zmagania mają miejsce na ulicach Petersburga, na których masowo giną osoby otrzymujące mieszkania socjalne. Niebezpieczeństwem może okazać się prosta kontrola dokumentów, ponieważ zbiurokratyzowany rosyjski system karny wytworzył już tyle przepisów, że o złamanie któregokolwiek z nich nie jest trudno. A jeśli nie patrol, wystarczy, że syn oligarchy postanowi się zabawić i zacznie strzelać w restauracji do ludzi – pomocy od nikogo nie można oczekiwać, bo w Rosji „ jak ktoś strzela, to znaczy że może”.

Niezwykłej wiarygodności opowieści Radziwinowicza dodają osoby, do których udało mu się dotrzeć. Wiedzę o Czeczenii czerpał od samej Anny Politkowskiej, która niedługo po ich spotkaniu miała stać się kolejną ofiarą reżimu. O swoich cierpieniach opowiadały mu matki żołnierzy zabitych podczas wojny czeczeńskiej, zmuszone do poszukiwania ciał swoich dzieci na stertach rozkładających się zwłok. Dziennikarstwo prezentowane przez Wacława Radziwinowicza to wyższy wymiar korespondencji prasowej – jest całkowicie wolne od schematów wykreowanych przez opcję pro- i antykremlowską.  Pozbawione jest także typowego dla zachodnioeuropejskich badaczy dystansu i fascynacji. Wacław Radziwinowicz wydaje się być przeciętnym Rosjaninem – człowiekiem z moskiewskiego metra, a jeśli trzeba także mieszkańcem pozbawionej kanalizacji wsi na głębokiej prowincji. Być może dzięki temu zabiegowi, Rosja którą opisuje nie jest tylko bezduszną, anarchistyczną enklawą, ale przede wszystkim niezrozumiałym zjawiskiem, w którym obok brutalności pojawia się człowieczeństwo, obok biedy, prosta radość z życia i humor, niespotykane nigdzie indziej.

„Zaprosiłem panów w celu zakomunikowania im arcyniemiłej nowiny” – ten doskonale znany wszystkim miłośnikom rosyjskiej literatury cytat nadal da się usłyszeć w wielu miastach i miasteczkach, które ma odwiedzić jeden ze współczesnych rewizorów. Nadal przed przybyciem dygnitarzy maluje się krawężniki i naprędce robi to, co formalnie zrobione powinno być przed wieloma laty. A jeśli nie starczy czasu, zawsze przy drogach, po których poruszają się prezydenckie kolumny, postawić można makiety, imitujące zadbane i nowoczesne zabudowania. Tytuł zbioru, który jest nawiązaniem do jednego z artykułów traktować należy więc jako pytanie. „Gogol w czasach Google’a”? Jak najbardziej.

Paweł Łaniewski

Gogol w czasach Google’a, wydawnictwo AGORA, Warszawa 2013.