„Kierunek – wschód! Tam musi być jakaś cywilizacja!”

Z czerwonej tarczy herbowej groźnym wzrokiem spogląda na nas złoty tur z gwiazdą między ostrymi rogami. To historyczny herb Hospodarstwa Mołdawskiego, który dziś w nieco innej postaci jest elementem godła i flagi państwowej Republiki Mołdawii – niewielkiego państwa, wciśniętego pomiędzy Ukrainę i Rumunię, z granicami zarysowanymi przez rzeki Dniestr i Prut.

Typowa wioska w Mołdawii. Ivancea / fot. W. Filiks

Między kowadłem a młotem

Mołdawia, uznawana dziś za najbiedniejsze państwo w Europie, ma wyjątkowo zawiłą historię. Po rozpadzie ZSRR odzyskała niepodległość, co wcale nie oznacza, że (podobnie jak Ukraina) chce się dziś bratać z Zachodem. 27 czerwca 2014 roku została podpisana przez rządzących umowa stowarzyszeniowa z Unią Europejską. Zdania na ten temat wśród obywateli Mołdawii są jednak podzielone. Obecni opozycjoniści stoją po stronie przyłączenia kraju do Rumunii, wskazując na wspólnotę językową i kulturową. Coraz częściej słyszy się też głosy za silnym sojuszem z Rosją i odstąpieniem od pertraktacji z UE.

Szacuje się, że około półtora miliona Mołdawian wyjechało za granicę, głównie do Rosji, gdzie dostali szansę na lepsze życie. Wśród nich jest Renato Usatîi (Ренато Усатый) – biznesmen i działacz społeczny, który w latach 2005-2013 był szefem firmy metalurgicznej w Niżnym Nowogrodzie (Rosja), by objąć później posadę starszego wiceprezesa Rady Budowniczych Dróg Kolejowych w Moskwie. Obecnie prowadzi w Mołdawii dobrze zaplanowaną kampanię polityczną, dzieląc się nie tylko doświadczeniami przywiezionymi z Rosji. Jego zwolennicy zapraszają do piwnic na degustację wina, po czym rozdają koszulki z podobizną swojego idola. Praktycznie w każdym mieście znajdują się jego bilbordy, z których spogląda na rodaków wzrokiem typowym dla polityka.

Renato musi być fanem kultowego rosyjskiego filmu Brat (Брат), ponieważ jego hasłem stała się wypowiedź głównego bohatera – „Siła w Prawdzie” („Сила в Правде”). Póki co, biznesmen pokazuje Mołdawianom siłę pieniądza. Organizuje koncerty i różne charytatywne imprezy, którymi próbuje przekonać do siebie swoich krajanów. Renato lubi żyć ponad stan. Pod Moskwą Usatîi urządził sobie „małą Mołdawię”(polecam film w serwisie YouTube pod tytułem В гостях у Ренато Усатого).

Renato Usatîi. Ungheni / fot. W. Filiks

Od morza do morza

Kiedyś zapytałem wszystkowiedzącego „wujka Google” o kraj, w którym nie ma Polaków. Pomocna wyszukiwarka odesłała mnie do tekstu Piotra Czerwińskiego, autora kilku świetnych książek, który w swoim Przebiegum życiae rewelacyjnie ilustruje zachowania polskich imigrantów w Irlandii. Okazało się, że na słonecznej Jamajce nikt nie wie, co to takiego „ta Polska”. Kilka tygodni później, przeglądając świeże wiadomości, przeczytałem, że wyspiarski kraj zniósł wizy między innymi dla Polaków (przebywających tam nie dłużej niż trzydzieści dni).

Wspominam ten zbieg okoliczności z uśmiechem na twarzy, szczególnie, że gdziekolwiek bym nie pojechał – zawsze znajdzie się jakiś, choćby minimalny, ślad polskości. Wszędzie ta pokrzywdzona Polonia, której tak źle się dzieje z dala od ukochanej, utraconej ojczyzny (sic!). Również w Mołdawii mniejszość polska wyraźnie zaznacza swoją obecność.

Do niewielkiej republiki przyjechałem wraz z narzeczoną na zaproszenie ks. Krzysztofa Płonki, sympatyka Ruchu Autonomii Śląska, proboszcza parafii św. Anny w miejscowości Ungheni (Унгень). To dzięki niemu udało mi się zwiedzić duży skrawek Mołdawii i poznać wielu interesujących ludzi. Ksiądz z własnej woli opuścił rodzinne Żory i od pięciu lat poświęca się wiernym na mołdawsko-rumuńskim pograniczu.

Duża część osób, poczuwających się do polskości, to potomkowie Polaków, którzy w XIX wieku uciekali przed wymiarem sprawiedliwości w zaborze rosyjskim. Mając do wyboru krańce Imperium Rosyjskiego – mroźną Syberię lub ciepłą Mołdawię, często osiedlali się na południu. To między innymi z tego powodu w trzyipółmilionowym prawosławnym kraju żyje cztery tysiące katolików, rozsianych po całej powierzchni Republiki. Dziś w Bălţi (Бэлць) funkcjonuje Dom Polski, a polskie kościoły katolickie można spotkać w wielu mniejszych miejscowościach.

Sama podróż do Mołdawii nie jest tak skomplikowana, jak by się mogło wydawać, aczkolwiek, wybierając transport publiczny, trzeba liczyć się z długim przejazdem. Ranny pociąg z Katowic do Przemyśla jedzie osiem godzin. Tam najlepiej przesiąść się na mikrobus, który w pół godziny dojeżdża do przejścia granicznego Medyka-Шегині. Krótka odprawa paszportowa i znajdujemy się po ukraińskiej stronie. Pięciominutowy spacer do marszrutki, po czym dwugodzinna jazda do Lwowa (Львів). Tam przyszło nam czekać około ośmiu godzin na nocny pociąg do Czerniowców (Чернівці). O godzinie dziesiątej, po trzygodzinnej przerwie, czekała nas przesiadka na marszrutkę do Bălţi. W „północnej stolicy” mieliśmy godzinę, by się posilić i wymienić walutę na mołdawskie leje. Jeszcze kilka godzin szalonego pędu marszrutką i około godziny siedemnastej czasu kijowskiego udało się nam zawitać w Ungheni. Całą podróż trwała około trzydziestu sześciu godzin. Przed nami otworzył się zupełnie nowy rozdział przewodnika po nieco zapomnianym świecie…

Rozterki i nadzieje całego narodu zawarte w oczach małej dziewczynki. Stăuceni / fot. W. Filiks

Czy istnieje naród mołdawski?

Szczególnie ciekawe wydaje się pytanie o tożsamość Mołdawian. Językiem urzędowym jest rumuński, aczkolwiek wszyscy znają rosyjski i chętnie komunikują się nawet w codziennych sytuacjach tym drugim. Większość tablic informacyjnych w miastach jest dwujęzyczna, podobnie jak audycje radiowe. W czasach Mołdawskiej SRR prowadzono slawizację narodu, która dotknęła między innymi języka. Wymyślono wtedy język mołdawski, który składał się z rumuńskiego słownictwa zapisywanego cyrylicą. Rosyjskojęzyczni mogli bez trudu przeczytać tekst, ale nie rozumieli jego znaczenia, z kolei Rumuni nieznający obcego pisma rozumieli język tylko ze słuchu. Pomysł nie spotkał się z uznaniem i dziś możemy oglądać ślady slawizacji w kilku książkach wydanych w języku mołdawskim i niewielu napisach nagrobnych na prawosławnych cmentarzach. Zdarzają się również przypadki dwujęzycznych nazw ulic.

Bez względu na oddzielną historię Mołdawii, dziś wielu uważa, że Republika powinna leżeć w granicach Rumunii. Położenie kraju na mapie geopolitycznej sugeruje wyraźne rozerwanie pomiędzy wpływami zachodnioeuropejskimi i postsowieckimi, które się przenikają, tworząc unikalną syntezę, nie spotykaną w żadnej byłej Republice Radzieckiej. Konflikt ten widać też na tle religijnym. W Mołdawii funkcjonuje Cerkiew Patriarchatu Moskiewskiego i Rumuńskiego, których członkowie nie darzą się wzajemnym szacunkiem.

Zdecydowanie największym mołdawskim bohaterem narodowym jest Ştefan cel Mare (Stefan III Wielki), hospodar mołdawski w latach 1457-1504, który uniezależnił swoje państwo od wpływów polskich, węgierskich i tureckich najeźdźców. O braku innych równie wielkich bohaterów może świadczyć fakt stawiania hospodarowi licznych pomników i umieszczenie jego wizerunku na każdym banknocie mołdawskiego leja (1 lej = 100 bani). Lokalnym bohaterem regionu Ungheni był z kolei Mihai Eminescu, jeden z najbardziej znanych poetów rumuńskich. Kult jego osoby również świadczy o problemach z mołdawską tożsamością narodową.

(W)inny kraj

Mołdawia winem stoi. Bezsprzecznie z tym trunkiem kojarzy się każdemu turyście, których w dzisiejszych czasach nie jest zbyt wielu. W czasach ZSRR Mołdawia była jednym wielkim żyznym polem. Stąd właśnie pochodził ogromny procent warzyw i owoców spożywanych w Kraju Rad. Nie było wtedy Rosjanina, który nie pił mołdawskiego wina. Sytuacja zmieniła się dramatyczne w ostatnim dziesięcioleciu, kiedy to Rosja zaczęła nakładać na swojego dawnego przyjaciela coraz to nowsze embarga. Zatrzymanie eksportu wina spowodowało kryzys mołdawskiej gospodarki, która dziś próbuje odnaleźć się na zachodnim rynku.

Przyjeżdżając do Mołdawii miałem w głowie obrazek z polskich sklepów, gdzie na półkach stoi kilka rodzajów wina opatrzonego napisem „powstałe i zabutelkowane w kraju pochodzenia” (Mołdawii). Pierwsze zakupy w lokalnym markecie w Ungheni przyniosły małe zaskoczenie. Czyżbym przyjechał źle przygotowany? Na butelkach wina widniał głównie wyraz „Cricova”, nie było jednak znanych mi marek. Postanowiłem więc podczas rozmowy z Ionem, pracownikiem pogotowia ratunkowego, zapytać, czy kojarzy któreś z win znanych w Polsce jako „mołdawskie”. Ten tylko się zaśmiał, przecząco kiwając głową i odpowiedział kalamburem: „Mógłbym teraz wziąć dowolny lokalny produkt, napisać na nim ‘Warszawa’ i powiedzieć, że pochodzi z Polski”.

Jadę na północ od Kiszyniowa drogą M2. Po przejechaniu około piętnastu kilometrów zjeżdżam w prawo na rondzie i moim oczom ukazuje się brama do innego świata. Dosłownie. Na wjeździe do miasta wita nas ogromny łuk z napisem „Cricova. Regatul vinului” („Cricova. Królestwo wina”). Właśnie stąd pochodzą najpopularniejsze mołdawskie wina. Niewielka miejscowość liczy dziewięć tysięcy mieszkańców. Wokół niej malowniczo wyrastają wzgórza porośnięte winoroślami. Za sprawą winnych piwnic, miejscowość stała się atrakcją turystyczną. Żałuję, że nie mogłem się tu zatrzymać na dłużej. Na szczęście udało mi się spróbować kilku gatunków wina produkowanego pod szyldem „Cricova”. Ceny tych lepszych rozpoczynają się od 40 lei (10 złotych) – tyle samo kosztuje półtoralitrowa plastikowa butelka piwa.

Skoro już o piwie mowa, warto poświęcić kilka słów „napojowi bogów”. Marką, która wiedzie prym w sprzedaży i produkcji jest oczywiście „Chişinău” („Kiszyniów”). Butelkowana wersja tego piwa jest dostępna w sprzedaży w jednym z polskich supermarketów. W każdym barze i restauracji, gdzie menu dumnie głosiło możliwość zamówienia „Chişinău Nefiltrată” („Kiszyniów Niefiltrowane”) ochoczo prosiłem o tę bardziej mętną wersję mołdawskiego klasyka. Kolejny raz się zawiodłem, bo ani w barze, ani w restauracji, ani nawet w sklepie nie można było dostać wymienionego trunku. Być może został zwyczajnie wycofany z produkcji. Pozostała więc degustacja drugiej pod względem popularności marki piwa – „Timişoreana” (rumuńskie piwo, również produkowane w Mołdawii). Moim faworytem pozostaje jednak „stołeczny” lager. Ceny lanego „bere la halba” (500 ml) w barze wahają się od 12 do 28 lei (od 3 do 7 złotych).

Dla turysty mieszkającego blisko polsko-czeskiej strefy pogranicznej zaskakujący był widok piwa „Velkopopovický Kozel” w prawie każdej restauracji, czy pubie. Za którymś razem, gdy proponowano mi czeskiego klasyka, nie wytrzymałem. Spytałem dwudziestoletniego Alexandru, kelnera z pizzerii w Ungheni, dlaczego to właśnie „Kozel”, z nie na przykład „Pilsner Urquell”, „Ostravar”, albo „Radegast” podbił serca Mołdawian. Usłyszałem: „Marka jest czeska, ale to już wiesz. U nas rozlewa go ta sama firma, która produkuje ‘Chişinău’. Oprócz tego, w swojej ofercie mają też piwa znane z innych krajów świata”.

Z Polski wywozi się przyzwyczajenie, że do piwa dobrze smakuje papieros. W postsowieckiej mentalności natomiast powstał pewien rodzaj obrzydzenia dla wyrobów tytoniowych. Palenie stało się passé, pozostało jedynie nieodłącznym atrybutem kierowców marszrutek i robotników po pięćdziesiątce. Kobiety w Mołdawii nie sięgają po papierosy, a jeśli już któraś zmaga się z nałogiem, to wstydzi się tego i ukrywa przed społeczeństwem.

Rodzinny interes - przydrożna sprzedaż berberysu. Okolice Chişinău / fot. W. Filiks

Pieniądze to nie wszystko

Wiemy już nieco więcej o cenach w Mołdawii. Pora więc zadać pytanie, skąd”„lokalsi” biorą pieniądze na zakupy? Pagórkowate tereny nie kryją za sobą kominów fabryk i hut, szybów zjazdowych kopalń, czy chłodni kominowych ogromnych elektrowni. Dawna republika sowiecka uzależniona jest od dostaw surowców z zagranicy. Większość jej powierzchni stanowią dziś uprawy rolne. Wielu gospodarzy hoduje też trzodę chlewną, bydło, owce i kozy.

Nie oznacza to oczywiście, że nie ma w Mołdawii alternatywy dla pracy w polu. Atrakcyjne zarobki dla mężczyzn w różnym wieku oferuje praca kierowcy popularnej „marszrutki”. Różnią się one od ich żółtych ukraińskich odpowiedniczek. Tu najczęściej jeżdżą białe dostawczaki, wyposażone w około dwadzieścia miejsc siedzących. Bilety w miastach kupuje się w kasie, ale tylko w godzinach pracy dworca autobusowego. Oprócz tego, kierowcy „zgarniają” ludzi stojących „po trasie”. Nikt nie przejmuje się bezpieczeństwem – często „marszrutki” są przeładowane, chociaż wypadki drogowe w Mołdawii należą do rzadkości.

Gdy po spędzeniu dwóch tygodni na południu od Dniestru, w końcu jechałem do Odessy, by tam spędzić przedostatni weekend sierpnia, udało mi się zamienić kilka słów z trzydziestoletnią Lilianą. Spotkałem ją w marszrutce. Na przejściu granicznym w Palance zapytałem o jej życie codzienne. Dziewczyna, ubrana w sportowy dres, miała ze sobą dwie duże torby. Na przejściu granicznym pobiegła do sklepu bezcłowego, by zaopatrzyć się w kilka potrzebnych jej artykułów, między innymi wielkie tabliczki czekolady. Okazało się, że Liliana jedzie do Odessy na weekend, by handlować towarami na jednym z tamtejszych bazarów. W tygodniu pracuje jako kucharka w jednej z kiszyniowskich restauracji. Nie narzeka na warunki w pracy, ani na zarobki, choć przyznaje, że cały tydzień czeka na sobotę, gdy o 7:20 z Gara de Nord (Dworzec Północny) odjeżdża ekspresowa marszrutka do czarnomorskiego kurortu. Jej niebieski paszport jest pełen ukraińskich pieczątek.

Liliana sama wybrała taki styl życia. Przyznaje, że nie potrzebuje dodatkowych źródeł utrzymania, ale robi to dla przyjemności. Przy okazji ma szansę spotkać się z ukochaną ciotką, u której nocuje z soboty na niedzielę. Czasem trzydziestolatka jedzie do Odessy bez towarów, a sobotnie popołudnie spędza na plaży. Ubolewa nad tym, że Mołdawia nie ma dostępu do morza. Co sądzi o stosunkach międzynarodowych swojego kraju? – „Choć stale kursuję między dwoma państwami, moje serce zawsze bije w rytm piosenek Zdob şi Zdub (popularny zespół z Kiszyniowa – przyp. autora). Polityka mnie nie interesuje, muszę sama dbać o siebie i swoich najbliższych. Cieszę się, że mam stałą pracę i nie muszędorabiać na ulicy”.

Choć może się to kojarzyć jednoznacznie, wcale nie chodzi o prostytucję. Pomiędzy większymi miastami, na poboczach głównych dróg, ustawiają się sprzedawcy, którzy oferują wszelkiego rodzaju owoce i warzywa. Najczęściej spotkać można handlujących arbuzami, winogronami i mniej znanym w Polsce berberysem. Te małe czerwone owoce pestkowe zbiera się w lesie, podobnie jak u nas jagody. Można kupić pięcio- lub dziesięciolitrowe wiadro berberysu, odpowiednio w cenie 40 i 80 lei (10 i 20 złotych). Oprócz owoców, można czasem spotkać sprzedawców małego AGD lub nawet wulkanizatorów, którzy dysponują felgami i oponami do najpopularniejszych modeli samochodów, a także kompresorami i środkami czystości do tapicerki, czy deski rozdzielczej. Każdy chce jakoś zarobić, a skoro biznes na poboczu nie zanika, to musi się opłacać.

Festival Etno-Balcanic. Complex Vatra / fot. W. Filiks

Po godzinach

Niektórzy po odebraniu wypłaty przekuwają imprezowe plany w rzeczywistość. Nawet w małych miejscowościach znajdują się ciekawe lokale gastronomiczne, dyskoteki i puby. W tym roku fenomenem na skalę całego kraju był jednak dwudniowy „Festival Etno-Balcanic”, który odbywał się w kompleksie kulturalnym Vatra, około 30 kilometrów na zachód od Kiszyniowa. Była to pierwsza edycja wydarzenia, które ściągnęło ogromną rzeszę zainteresowanych nie tylko z Mołdawii, ale i sąsiedniej Ukrainy i Rumunii. Na świeżym powietrzu swoje usługi reklamował jeden z największych lokalnych banków, który wprowadzał do użycia pierwszą w Republice kartę płatniczą w technologii PayPass. W celu przekroczenia festiwalowych bram, należało taką kartę „kupić” w kasie i doładować dowolną kwotą powyżej pięćdziesięciu lei, by móc płacić za piwo i przekąski.

Na terenie kompleksu Vatra znajdował się szereg straganów, w których dostępna była szeroka gama ręcznie robionych produktów – od kwiecistych wianków, przez ceramikę, aż po tradycyjne mołdawskie stroje. W potężnej hali udostępniona była ciekawa wystawa na temat historii regionu. Atmosfera była niesamowita. Młode zespoły prześcigały się w interpretacji piosenki „Kalašnjikov” Gorana Bregovića, czy też znanej romskiej pieśni „Ederlezi”. Gwiazdami pierwszego wieczoru był zespół Ad Hoc, po którym swoje umiejętności zaprezentował jedyny artysta nie związany z tradycyjną muzyką bałkańską – raper i DJ, Argatu.

Nie wszyscy jednak swój wolny czas poświęcają na rozrywkę. W stolicy Republiki Mołdawii udało mi się poznać niezwykle zapracowaną kobietę, pełną pozytywnej energii i chęci niesienia pomocy innym. Pani Katia ma polskich przodków i płynnie porozumiewa się w języku swoich rodziców, choć łatwiej jest jej porozumieć się po rosyjsku i po rumuńsku. Kobieta pomaga wszystkim potrzebującym: zarówno Polakom, jak i Mołdawianom, niezależnie od wyznania i sympatii politycznych. Czwartym językiem, którym się posługuje, jest niemiecki, którego używa do rozmów „biznesowych” z bogatymi przyjaciółmi z RFN. Głównie dzięki ich zainteresowaniu, wybranym żyje się lepiej w Mołdawii, a pani Katia może rozwijać swoje pasje – haft, malarstwo, rzeźbę.

Warto na koniec wspomnieć również o miejscu, które jest dostępne dla zainteresowanych przez cały rok. To oddalony o jakieś 60 kilometrów na północ od Kiszyniowa kompleks archeologiczny Stare Orgiejewo (Orheiul Vechi). Wyjątkowe połączenie naturalnie ukształtowanego krajobrazu i chęci ujarzmienia go przez człowieka. Dzięki ogromnym przedsięwzięciom historyków, odnaleziono tam ślady ludzkości z paleolitu, eneolitu i epoki żelaza. Na terenie Orheiul Vechi pozostały ślady wielu różnych kultur: drewniane pozostałości dackiej fortecy, datowanej na VI-I wiek p.n.e., fort Złotej Ordy z XIV wieku, wojskowe zabudowania Mołdawian z XIV-XVI wieku, monastyr prawosławny z XIV wieku i dawne miasto Orhei, datowane na XV stulecie. Całość położona jest na wyjątkowym garbie, u stóp którego płynie rzeka Răut. Na jego stromym zboczu znajdują się ręcznie wydrążone średniowieczne cele mnichów greckokatolickich. Fascynujące miejsce, w którym można przenieść się w daleką przeszłość, jest dziś główną atrakcją turystyczną kraju.

Cdn…

Wadim Filiks

***

Wyprawa do Mołdawii. Fotorelacja

___

fot. W. Filiks