Pietrozawodsk

W Pietrozawodsku nie miałem nic do roboty i błąkałem się po ulicach. Było mi tak sobie. Ani smutno, ani wesoło. Dookoła to samo, co wszędzie. Przez zwrot „to samo, co wszędzie” rozumiem, że jeśli człowiek zajmuje się sam sobą, to jest mu wszystko jedno, gdzie się znajduje. Znaczy to, ni mniej ni więcej, że obojętne jest, czy błąkam się po paryskich Polach Elizejskich, po Natan Road w Hong Kongu, po ulicy Kościuszki w Wieleniu nad Notecią, po ulicy Andropowa w Pietrozawodsku czy wręcz po Bulwarze Zachodzącego Słońca.

Trafiłem na nocną sklepoknajpę. Składała się z dwóch pomieszczeń. W pierwszym był nieźle zaopatrzony handelek napojami wyskokowymi. W drugim zza zdezelowanej lady serwowano pieczone kurczaki, czebureki, nieokreślone sałatki i inne zagadkowe dania oraz to, czym potrawy te można spłukać.

Wspomniałem już na tych stronach, że po dokonanej w roku 2012 „reformie” antyalkoholowej Rosja straciła sporo ze swojego uroku. Ustawiono ją na równi pochyłej, popchnięto i teraz zjeżdża ruchem jednostajnie przyspieszonym w dół. Kiedyś można było kupić sobie o godzinie 1.34 w nocy ćwiartkę wódki, usiąść na ławce i trwać w błogim bezruchu. Można było dostać u konduktora butelkę piwa i, popijając, jechać w stronę Oceanu Spokojnego. Reforma zmiotła tę wolność. Spożywania w miejscach publicznych zakazano. Sprzedaż alkoholu odbywa się w godzinach od 9.00 do 21.00. Ograniczenie nie dotyczy lokali gastronomicznych, które wychodzą naprzeciw społecznym potrzebom i stosują rożne sposoby obejścia nieludzkich przepisów.

Tak właśnie było w sklepoknajpie, do której wszedłem. W części handlowej kłębił się tłumek. Natomiast salka konsumpcyjna była pustawa. Podszedłem do szynkwasu i zamówiłem coś, czego – jak się po chwili okazało – nie dało się zjeść. Do picia wziąłem herbatę (sic!) i zamyśliłem się. Co robić? W stolicy Karelii nic mnie już nie trzyma. Gdybym miał namiot, nie byłoby kłopotu. Znalazłbym dla siebie jezioro i nad nim zamieszkał. Taki prywatny akwen to fajna sprawa. Kilka dni wcześniej byłem na działce u znajomych i kąpałem się sam jeden w jeziorze wielkości naszego mazurskiego Niegocina. Woda, las i ja. Ech! Takich jezior jest w Karelii nieco ponad 60 tysięcy. Ale, jako się rzekło, byłem bez namiotu, śpiwora i całego potrzebnego ekwipunku. Czułem się bezdomny. Na dodatek to żarcie, którego nie da się zjeść… I ta herbata w ramach mojej prywatnej wojny z używkami. Szlag by to trafił…

Stare wschodnie porzekadło powiada: kto przywykł jadać kawior, temu Bóg codziennie zsyła odrobinę kawioru. I oto, jak na zawołanie, obok mojego stolika pojawiła się kobieta lat czterdzieści plus. Podpita. Sympatyczna. Otwarta. Życzliwa ludziom.

– Napijesz się ze mną? – spytała

Ponieważ – jak wspomniałem wyżej – byłem w trakcie prywatnej wojny z używkami, wykonałem gest, który można było, przy dużej dozie złej woli, zinterpretować jako pełną oburzenia odmowę. Jednak kobieta była pełna dobrej woli i podreptała w stronę baru.

Przepisy zabraniają sprzedaży alkoholu osobom nietrzeźwym. Przepisy są po to, żeby je łamać, więc pani wróciła do mnie z litrem wódki i sałatką. Do tego chleb, coca-cola, orzeszki i chipsy.

– Wiktoria – przedstawiła się.

Zrewanżowałem się autoprezentacją. Następnie odkręciłem kapsel i polałem. Popłynęła leniwa rozmowa o życiu. Komuś może się wydawać, że byłem wniebowzięty. Bynajmniej. Sytuacja nie była godna pozazdroszczenia. Wiktoria forsowała tempo. Od czasu pierwszych baletów w epoce neolitu wiadomo, że pijana baba to same kłopoty. Powoli więc posępniałem. Widząc to, moja Wiktoria zapragnęła mnie rozweselić. Poszła na pierwszą salę, tę sklepową i krzyknęła do

kolejkowiczow:

– Kto chce się z nami napić?

Trzech chętnych wystąpiło z szeregu. Zostali przyprowadzeni do naszego stolika. Organizatorka imprezy rzuciła na blat pugilares.

– Zamówcie coś.

Nasi nowi towarzysze popatrzyli na siebie. Nie wyglądali na inteligentów. Ani na poł. Góra na ćwierć. Jeden z nich wziął portfel i poszedł na zakupy. Wrócił z kolejnym litrem. Nowi byli Karelami. Kładli wykładziny w budowanym obok dworca hotelu. Niedługo pojadą kłaść wykładziny w Soczi. Wiktoria odpływała.Nowi trącali się dyskretnie łokciami i rzucali szybkie, znaczące spojrzenia. Zwiększyli tempo napełniania kieliszków.

– Oho – pomyślałem – stary numer. Spiją ją, zaciągną gdzieś, okradną i na dodatek… Potem cała sklepoknajpa zezna, że Wiktoria piła z jakimś Polaczkiem. Trzeba się zmywać.

– Na mnie pora – otarłem usta. – Zaraz mam pociąg.

– Dokąd? – spytali, udając żal, że ich opuszczam.

Z tego miasta można odjechać tylko w dwóch kierunkach. Albo do Pitra, albo do Murmańska. Wybrałem Murmańsk i pożegnałem się. Wiktoria przysypiała. Jej gruby jak zelówka portfel leżał na stole w zasięgu ręki współbiesiadników. Jak to wszystko się skończyło, dobrze czy źle? Pomogła Wiktorii moja ucieczka czy zaszkodziła? Kto to może wiedzieć…

Zarzuciłem plecak na grzbiet i poszedłem na dworzec. Pociąg do Murmańska odjeżdżał za poł godziny. Kupiłem bilet. Od tej pory – tak roiło się w moim otumanionym mózgu – miałem żelazne alibi, ponieważ bilety w tym kraju wydaje się po okazaniu paszportu. Na blankiecie jest data i godzina wydania. Kupując bilet, nie mogłem jednocześnie dokonywać przestępstwa na osobie Wiktorii. W wagonie odnalazłem swój przedział. Resztką sił posłałem górne łózko i zapadłem w sen.

Obudziło mnie coś nieprzyjemnego. Zrazu myślałem, że to kac, ale kac, jaki by nie był, ma w sobie coś ludzkiego. Tymczasem to coś dobywało się z głębi piekieł. Otworzyłem oczy. Obok mnie, na górnej półce, chrapał wielki Kazach. Może zresztą Tadżyk albo Kirgiz? Spojrzałem w dół i napotkałem wzrok kobiety oraz mężczyzny z tego samego plemienia. Nie spali, bo któż mógłby spać w takim warkocie. W ich oczach wyczytałem prośbę, abym coś z tym chrapaniem zrobił. Widocznie oni nie śmieli budzić ziomka i we mnie pokładali nadzieję.

Zlazłem z posłania i poszedłem do kibla. Dochodziła siódma rano. Za oknem lichy północny las. Pejzażyk nostalgiczny i depresyjny. Niedługo zacznie się tundra. Na ścianie obok pakamery konduktora rozwieszony był rozkład jazdy. Wynikało z niego, że za kilkanaście minut dojedziemy do Białomorska. Coś mi zaświtało w skołatanej głowie. Czyżby to tu…? Tak, to tu. Tu zaczyna się zbudowana kosztem tysięcy istnień sztandarowa budowa stalinizmu – Kanał Białomorski.

Nie będę budził Kazacha. Niech śpi i dręczy swoich ziomków.

Jacek Matecki, Co Wy, …, wiecie o Rosji?, Wydawnictwo Trzecia Strona, Warszawa 2016.