To była najbardziej niesamowita Wigilia w moim życiu. Szczerze mówiąc, trochę bałam się, że będzie mi ciężko przeżyć ten wyjątkowo rodzinny wieczór bez najbliższych, ale jeszcze przed wyjazdem z Moskwy doszłam do wniosku, że odległość 1000 km bądź 6500 km nie zmieni mojej sytuacji, więc 24 grudnia 2010 roku zaczął się od…. przeszywającego dźwięku budzika. Razem z Magdą musiałyśmy szybko doprowadzić się do porządku, spakować najpotrzebniejsze rzeczy do mniejszych plecaków i nałożyć na siebie kilka warstw ubrań, które jak na razie sprawdzały się i chroniły przed niskimi temperaturami. W progu życzyłyśmy naszym gospodarzom powodzenia na egzaminach i czym prędzej ruszyłyśmy w drogę. Czekała nas długa podróż, podczas której miałyśmy aż trzy razy zmienić środek lokomocji…

Jednak wszystko po kolei. Najpierw musiałyśmy dojechać na stację. Niestety nasi gospodarze trochę przecenili możliwości autobusu bądź nie uwzględnili korków, ponieważ spóźniłyśmy się około 20 minut na wyznaczone miejsce. Na szczęście miałyśmy kontakt telefoniczny z przewoźnikiem (był to siostrzeniec kobiety, u której mieliśmy zamieszkać na wyspie), który cierpliwie oczekiwał naszego przybycia. Jak się później okazało marszrutka czekała jeszcze kilkanaście minut, do momentu, kiedy zapełniły się wszystkie miejsca. Byłyśmy niezmiernie szczęśliwie, że udało nam się zdążyć. W oszronionym samochodzie, wśród zbierających się ,robiło się coraz przyjemniej i cieplej, dlatego korzystając z tej atmosfery ucięłyśmy sobie krótką drzemkę. Do pierwszej przesiadki miałyśmy kilka godzin, więc zdążyłyśmy się wyspać, zjeść śniadanie i porozmawiać. Gdy opuściliśmy Irkuck widoki za oknem zaczęły się zmieniać, a gdy docieraliśmy już do Bajkału było coraz piękniej. Co jakiś czas mroźne powietrze wpadało do środka marszrutki, gdy pojazd się zatrzymywał i jakiś pasażer kończył albo zaczynał swoją podróż. W tych momentach, wyposażone w termos, rozgrzewałyśmy się gorącą herbatą.

Na brzegu jeziora musiałyśmy chwilę poczekać na statek, którym miałyśmy przepłynąć na drugą stronę. Nie próżnowałyśmy i zaraz po zabraniu bagaży z samochodu ruszyłyśmy na brzeg nie tylko po to, aby robić zdjęcia, ale i rozgrzać zmarznięte stopy, które „zesztywniały” po długiej podróży. Widoki były niesamowite. Po kilkunastu minutach podjechały kolejne marszrutki z turystami z Irkucka. W końcu nadpłynął statek. W tłumie ludzi od razu można było odróżnić turystę od mieszkańców regionu, którzy wracali z miasta, szkoły bądź pracy. Obcokrajowców zdradzał nie tylko strój, ale i zachowanie. „Tubylcy” od razu chowali się pod pokład, chcąc przetrwać ten odcinek w jak najlepszych warunkach, natomiast turyści „gnieździli się” na przedniej części pokładu. Z powodu przeszywającego mroźnego powietrza przebierałam z nogi na nogę, jednak nie brałam nawet pod uwagę, że może ominąć mnie taka atrakcja, jak podziwianie Bajkału, będąc na jego wodach. Trzeba było zacisnąć zęby i skupić się na pięknie przyrody. Na drugim brzegu czekała na nas marszrutka, którą jechaliśmy w głąb wyspy. Widoki były niesamowite, nie chciało się oderwać wzroku od szyby, która zamarzała w naprawdę szybkim tempie. Wzniesienia, przez które przebijała się woda Bajkału wyglądały zjawiskowo, połacie ziemi pokryte śniegiem wyglądały jak zimowa pustynia, gdzieniegdzie mała osada domków, wszystko przykuwało wzrok.

Na przystanku w centrum Hużyra, miejscowości, gdzie miałyśmy spędzić zbliżające się dwie świąteczne doby, czekała na nas Baba Galia, która przywitała nas bardzo serdecznie i od razu zaprowadziła do domu. W chacie, która składała się z pokoju, kuchni i przedsionka, przywitało nas ciepło domowego pieca i olbrzymi niebieskooki kot Maksim. Ze względu na zimową porę dzień był bardzo krótki, dlatego postanowiłyśmy zjeść coś i ruszyć w drogę na podbój okolicznych pejzaży. W pierwszej kolejności trafiliśmy na skałę Szamankę, z którą związane są liczne legendy. W drodze na to miejsce znajdują się pale lub drzewa, obwiązane licznymi skrawkami materiału, które stawiane są w miejscach, gdzie przebywają bogowie, dlatego należy obchodzić się z nimi z odpowiednim szacunkiem. Należy przede wszystkim pozostawić jakąś rzecz od siebie, ponieważ zlekceważenie tej reguły może się źle skończyć dla człowieka, który zignoruje to prawo. Ześle on na siebie gniew bogów, którzy jak wierzą mieszkańcy wyspy, są wszechmocni.

Niestety, nasz pierwszy spacer nie trwał długo i trzeba było wracać, bo robiło się ciemno, a lampy oświetlały tylko centrum miejscowości. Miasto, a raczej wioska, gdzie zamieszkuje około 1000 mieszkańców, to miejsce, które zachwyca swym naturalnym położeniem, jednak cywilizacja i turystyka, które wkraczają tam wielkimi krokami, zaczynają zmieniać ten niesamowity klimat. Nad niskimi, drewnianymi zabudowaniami rozciągają się kable z linii energetycznej, która doprowadza drogocenny prąd, doceniany przez mieszkańców już od 6 lat. Poza tym nad brzegiem jeziora zaczynają pojawiać się domy turystyczne budowane przez mieszkańców. Jak na razie nie ma tam ogrzewania, dlatego mogą być wykorzystywane tylko latem, jednak dziewicze zakątki zaczynają tracić swój pierwotny charakter.

Mimo tej energetycznej rewolucji, na wyspie nie ma jeszcze bieżącej wody i kanalizacji, dlatego musiałyśmy przygotować się na nocne bądź dzienne eskapady do ubikacji, w całym ekwipunku, gdzie temperatura często schodziła poniżej kilkudziesięciu stopni. Pocieszałyśmy się jednak faktem, że przynajmniej nie dokuczał nam nieprzyjemny zapach, który zapewne roznosi się w tym miejscu letnią porą.

Wieczorem, po całym dniu niesamowitych wrażeń, zasiadłyśmy do obiadokolacji. Nasza gospodyni szybko nakryła do stołu, a my mogłyśmy najeść się do syta specjałów, które przyszykowała. Hitem była mrożona kapusta z olejem i solą oraz świeży chleb. Trochę mniej zasmakowała nam zupa, w której pływały wszystkie gatunki mięsa wraz z ziemniakami i makaronem, ale nie chciałyśmy być nieuprzejme, więc opróżniłyśmy nasze talerze, korzystając ze wsparcia kota Maksima. Syte i niezmiernie szczęśliwe przeszłyśmy do kolejnego zajęcia, którym było składnie życzeń naszym bliskim w Polsce. Niestety, z powodu niewyobrażalnych cen za minutę rozmowy, nasze życzenia nie trwały długo, jednak w jakimś stopniu byłyśmy zadowolone, że przynajmniej w taki sposób mogłyśmy się skontaktować z bliskimi. Następnie podzieliłyśmy się opłatkiem i zasiadłyśmy ponownie do wieczerzy. Tego wieczoru jeszcze długo rozmawiałyśmy oraz świętowałyśmy Wigilię w niecodziennym, aczkolwiek niezwykle miłym towarzystwie Baby Galii i jej kota Maksima.

Magdalena Biernat