Proch i mrok

Czerwiec 2016 r. był najzimniejszym z wszystkich czerwców ostatniego półwiecza. Co prawda wcześniej narzekałem na maj, ale on chociaż parę ostatnich dni miał słonecznych i ciepłych. Czerwiec nie dosyć, że wciąż płakał, to jeszcze kazał powyciągać z szaf swetry i kurtki. Nocą w Moskwie temperatura zbliżała się do zera, a w dzień ledwie dochodziła do 12° C.

Za to w polityce niezmiennie panował upał. Rosja zbroiła się, bo zbroił się Sojusz Północnoatlantycki. Prezydent Władimir Putin apelował do rodaków o czujność, ostrzegając przed knowaniami Zachodu, a rosyjskie służby łapały terrorystów, szpiegów i ekstremistów. Ponieważ zbliżał się szczyt NATO, nie szczędzono uwag pod adresem krajów członkowskich tej organizacji. Szczególnie obrywała Polska jako gospodarz spotkania. W opinii rzecznika Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej gen. Igora Konaszenkowa byliśmy jednym z tych krajów, które podsycają atmosferę antyrosyjskiej histerii w Europie. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow zapewniał, że nic dobrego nie wyniknie z organizowanych w naszym kraju manewrów natowskich. Z kolei szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow zapowiedział, używając enigmatycznego sformułowania, „adekwatną odpowiedź” na starania Polski, Litwy, Łotwy i Estonii o wzmocnienie tzw. wschodniej flanki Paktu Północnoatlantyckiego. My chcieliśmy dodatkowych batalionów, aby w razie czego móc się bronić przed Rosjanami. Czego chciała Rosja, nie wiedział nikt, mało kto bowiem wierzył w zapewnienia Władimira Putina, że to państwa zachodnie planują atak na swojego wschodniego sąsiada. W tym kontekście tragikomicznie zabrzmiało oświadczenie rosyjskiego ambasadora przy NATO Aleksandra Gruszki, który zarzekał się, że nikt w Moskwie nie przygotowuje ataku na Polskę. W pewnym momencie doszło do takiego absurdu, że minister obrony Siergiej Szojgu na spotkaniu ze swoimi kolegami z państw zrzeszonych w Szanghajskiej Organizacji Współpracy oświadczył, iż jedną z trzech sił zła na świecie, obok ekstremizmu i terroryzmu, jest separatyzm. „I kto to mówi?!” — oburzyli się niezależni komentatorzy, przypominając ministrowi o wsparciu, jakiego Rosja udzielała separatystom na Krymie, w Donbasie, a także w Abchazji i Osetii Południowej.

W tej informacyjnej karuzeli mieli swój udział dziennikarze rosyjskich mediów państwowych. Zdaje się jednak, że przekroczyli granice społecznej wytrzymałości, ponieważ ich koledzy z lokalnych mediów zorganizowali akcję antypropagandową. W pierwszej kolejności dostało się stacjom telewizyjnym NTV i Rossija. Kilkadziesiąt regionalnych gazet w rubryce „Program telewizyjny” zaczęło umieszczać następujące ostrzeżenie: „Bądźcie ostrożni! Pod przykrywką materiałów dziennikarskich możecie otrzymać zniekształconą informację lub propagandę”. Być może pojedynczy dziennikarze przejęli się publicznie wyrażonym brakiem zaufania, ale kierownictwo stacji i autorzy programów publicystycznych zapewne tylko wzruszyli ramionami. Niemniej sygnał SOS wysłany przez tych, którzy na co dzień współpracują z przeciętnymi obywatelami, usłyszeli obrońcy praw człowieka na całym świecie. Był on jeszcze jednym potwierdzeniem tego, co i tak od dawna nie było już tajemnicą: w Rosji dzieje się źle. Oczywiście „źle” nie znaczy, że Rosjanie przymierają głodem, całymi dniami biegają po poligonach z głowicami nuklearnymi w kieszeniach, a politycy zakąszając wódkę kawiorem, snują plany podboju świata. Tak skrajne opinie są równie absurdalne jak tłumaczenie Rosjan, że nie było żadnej aneksji Krymu, a rosyjscy żołnierze pojechali do Donbasu na wczasy.

Po całym dniu zmagania się z różnego rodzaju doniesieniami i politycznymi deklaracjami nie miałem głowy do zajmowania się losami biblioteki Iwana Groźnego. Tłumacząc kolejne komunikaty rosyjskich instytucji, ministerstw i urzędów, musiałem uważać na każdy przecinek, aby niechcący nie doprowadzić do międzynarodowego skandalu. Jedno niewłaściwie przetłumaczone słowo mogło spowodować lawinę oświadczeń i sprostowań. Dlatego z niecierpliwością czekałem na telefon wujka Borki, który pomógłby mi się wyrwać z tego zaklętego kręgu. Borys zadzwonił, ale niestety nie mógł się ze mną spotkać.

— Dopadło mnie przeziębienie — mówił szeptem, co chwilę pokasłując. — Dobija mnie ta cholerna pogoda, kto to widział, żeby czerwiec przypominał listopad? — denerwował się.

— Czasami nasz organizm ma ochotę na przerwę i dlatego zmusza nas do leżenia w łóżku. — Chciałem błysnąć mądrością, ale chyba mi się nie udało, bo wujek Borka poradził mi, abym sam sobie odpoczywał z chusteczkami przyklejonymi do nosa.

— Saszka się z tobą skontaktuje — rzucił do słuchawki. — Boli mnie gardło i nie mam nastroju do rozmów. Może zresztą masz rację i rzeczywiście poleżę cały dzień pod kocem — dodał.

Jeszcze tego samego dnia dostałem e-mail od Saszki. Proponował, abyśmy się spotkali w Ogrodach Aleksandrowskich, obok fontanny w kształcie trzech galopujących ogierów.

Zobaczyłem go już z daleka, wszak wzrostem górował nad innymi przechodniami. Stał wyprostowany, z twarzą zwróconą ku Kremlowi. Zdaje się, że patrzył na Basztę Arsenałową. Może marzył, że kiedyś i on, tak Ignatij Stielleckij, będzie mógł przejść podziemnymi korytarzami, które biegną pod twierdzą?

— Dzień dobry, już jestem. — Mój głos wyrwał Saszkę z zadumy.

Drgnął, obrócił głowę w moją stronę i wyciągnął dłoń na powitanie.

— Świetnie — rzucił krótko. — Mamy chwilę, bo czekamy na jeszcze jednego znajomego — oznajmił i wyciągnął z kurtki paczkę papierosów. Przypalił, po czym rozsiadł się na ławeczce obok fontanny. — Sprawdziłeś, dlaczego z takim zapałem przez kilka wieków różni zapaleńcy szukają biblioteki Groźnego? — zapytał, zaciągając się dymem, ale nie spodziewał się odpowiedzi, bo kontynuował. — Nie chodzi tylko o klejnoty, którymi zdobiono księgi, ale o ich unikatową wartość literacko-poznawczą. Gdy jedni badacze szukali księgozbioru, inni poświęcili niemal całe życie na ustalenie listy tytułów. Nie będę się teraz wdawał w szczegóły, ale w dziewiętnastym wieku niemiecki historyk i prawnik Christoph von Dabelow dostał posadę wykładowcy na estońskim uniwersytecie w Dorpacie[1]. Prowadząc badania, w uniwersyteckim archiwum trafił na spis ksiąg, które jak sam twierdził, mogły się znajdować w zbiorach Iwana Groźnego.

Dalej Saszka opowiadał, że według legendy autorem listy był estoński pastor, niejaki Johann Waterman. Podobno oprócz Maksyma Greka Iwan Groźny zaprosił również jego do pracy nad tłumaczeniem antycznych tekstów, ale duchowny przestraszył się, że skończy w lochu albo na szubienicy, i uciekł z Moskwy. Jednak wcześniej sporządził notatki, w których zawarł m.in. tytuły dzieł. Saszka wyciągnął z kieszeni kurtki białą kartkę.

— To nic szczególnego, ogólnie dostępne kopie rzekomej listy Dabelowa — uśmiechnął się, wręczając mi zapisany drobnym drukiem papier.

Nawet mnie, laikowi w tej dziedzinie, niektóre pozycje wydały się niezwykle interesujące. Weźmy np. zbiór 142 ksiąg napisanych przez Tytusa Liwiusza z Padwy zawierających historię starożytnego Rzymu. Zbiór nosi nazwę Ab Urbe condita libri CXLII[2]. Do naszych czasów zachowało się jedynie 35 ksiąg. Jakimż więc skarbem dla badaczy tamtej epoki byłyby pozostałe tomy, gdyby rzeczywiście udało się je odnaleźć! Inny przykład to Dzieje Rzymu Polibiusza pochodzącego z greckiego miasta Megalopolis. Z 40 tomów do dziś zachowało się jedynie pięć. Na liście, którą dostałem od Aleksandra, wyszczególniono też: Żywoty cezarów Swetoniusza, Eneidę Publiusza Wergiliusza Maro, O sztuce poetyckiej Arystotelesa, dzieła Pindara — greckiego twórcy liryki chóralnej — czy sławiące republikę, humanizm i godność człowieka traktaty Cycerona. Oczami wyobraźni widziałem podziemne korytarze prowadzące do komnat, w których na drewnianych stołach leżały wszystkie te skarby literatury. Tak jak w książce Umberto Eco Imię róży czułem na plecach oddech tych, którzy nie chcieli, aby świat poznał dzieła antycznych poetów, filozofów i prawników. W migoczącym świetle świecy pochylałem się nad starożytnymi zwojami, podziwiałem kunszt rysowników zdobiących stronice średniowiecznych ksiąg i nawet się nie dziwiłem, że tak dobrze znam grekę i łacinę.

— Jest już Andriej — wyrwał mnie z zamyślenia głos Saszki.

Kamienna komnata wypełniona bezcennymi dziełami zniknęła. Musiałem głupio wyglądać, bo znajomy Aleksandra chwilę mi się przyglądał, nim podał dłoń na powitanie.

— Zdrzemnąłeś się? — zapytał.

— Chyba nie, choć przez moment miałem wrażenie, jakbym spacerował po tych waszych podziemiach — odparłem z uśmiechem.

— O brachu, to jesteś już nasz — stwierdził Andriej i poklepał mnie po ramieniu.

Mężczyzna był mojego wzrostu, lat około czterdziestu, można by rzec, że słusznej postury. Krótko przystrzyżone włosy, szerokie bary, taki miłośnik siłowni. Nic bardziej mylnego. Od Saszki dowiedziałem się, że jego, a teraz już i mój znajomy jest policyjnym lekarzem: pracuje w laboratorium kryminalistycznym, przygotowując ekspertyzy dotyczące znalezionych zwłok. Najczęściej są to ludzkie szkielety, wykopane w trakcie prac drogowych lub rozbiórki starych kamienic. Andriej określa ich wiek, stawia wstępne hipotezy co do przyczyn śmierci i na tej podstawie prokuratorzy podejmują decyzje, czy wszczynać postępowanie, czy też nie. Zazwyczaj do jego laboratorium trafiają doczesne szczątki ofiar carskich intryg albo stalinowskich zbrodni. Wtedy cały materiał dowodowy wraz z ekspertyzami medycznymi trafia do specjalnej grupy historyków. Czasami jednak miejsce znalezienia zwłok i rodzaj obrażeń wskazują na zwykłe przestępstwo kryminalne. Do akcji wkraczają więc śledczy, którym nierzadko udaje się ustalić tożsamość ofiary, a nawet rozwikłać zagadkę jej śmierci.

— Idziemy, szkoda czasu — wydał komendę Saszka.

Ruszyliśmy gęsiego, jak oddział zwiadowców w dżungli: Andriej pierwszy, ja w środku, a Saszka zamykał pochód. Dopiero teraz zwróciłem uwagę, że mój nowy znajomy taszczy wielki plecak. Wyglądał, jakby się wybierał na górską wyprawę. Podziemnym przejściem obok centrum handlowego Ohotnyj Riad przedostaliśmy się na ulicę Twerską. Kilkaset metrów dalej skręciliśmy w pierwszą boczną uliczkę, a dalej Andriej poprowadził nas zaułkami przez podwórza starych kamienic. Jak się okazało, wszystkie są ze sobą połączone i tworzą ciąg komunikacyjny dla wtajemniczonych. Brama, klatka schodowa, znowu brama i tak dotarliśmy do niewielkiego placyku, otoczonego z trzech stron szczytowymi ścianami wielopiętrowych domów. Przy jednej z kamienic dostrzegłem wejście do schronu.

Pamiętam takie miejsca z dzieciństwa. We Włocławku, gdzie się urodziłem, większość bloków budowanych zaraz po II wojnie światowej wyposażono w kryjówki na wypadek ataku bombowego. Dziś w Polsce chyba już mało kto wie, że takie budowle w ogóle istnieją, jeśli oczywiście mieszkańcy nie przerobili ich na piwnice.

Andriej odchylił ciężkie metalowe drzwi i zajrzał do środka.

— W porządku, możemy iść — stwierdził.

Pierwszy zniknął w wejściu do schronu Saszka.

— Czysto — odezwał się już z dołu.

Kiedy kolej przyszła na mnie, zawahałem się. Nigdy nie łaziłem po czyichś piwnicach, a tym bardziej w obcym kraju, więc nie ukrywam, że obleciał mnie strach. Tyle się nasłuchałem opowieści o wariatach mieszkających w podziemiach Moskwy, o sektach i duchach, że jakoś przeszła mi ochota na zabawę w poszukiwacza skarbów.

— Masz latarkę i ruszaj, bo jeszcze ktoś nas tu zdybie i wezwie policję — rzucił ponaglająco Andriej.

Do schronu prowadziło siedem, a może osiem stopni. Liczyłem, ale teraz już nie pamiętam ile dokładnie. Andriusza wszedł tuż za mną, zamknął metalowe drzwi i od środka zabezpieczył je grubym drutem.

— Na wypadek, gdyby komuś przyszło do głowy leźć za nami — wyjaśnił.

Schron składał się z trzech pomieszczeń. Jedno większe mogło pomieścić kilkadziesiąt osób, a dwa mniejsze pewnie w sytuacji zagrożenia służyły za magazyn i toaletę. Mój nowy znajomy zdjął plecak, kładąc go ostrożnie na podłodze. Wydostał z niego trzy komplety wędkarskich spodni typu wodery i wręczył po jednym każdemu z nas.

— Przydadzą się, w takich korytarzach zawsze jest woda — wyjaśnił. Następnie podał nam żółte kaski z przymocowanymi latarkami, takie, jakich używają górnicy. Wreszcie wyciągnął trzy zwoje czerwonych lin i szerokie pasy zaopatrzone w karabińczyki. — Strzeżonego Pan Bóg strzeże — oświadczył z poważną miną.

Ubrani w nieprzemakalne wodery i przepasani linami, mogliśmy ruszyć na spotkanie z przygodą. Tylko dokąd, skoro w żadnym z trzech pomieszczeń nie zauważyłem drzwi?

Włączyłem latarkę przymocowaną do kasku, omiatając żółtym światłem ściany schronu. Wszędzie taka sama czerwona cegła, miejscami pokryta grzybem. Półokrągłe sklepienie, betonowa posadzka i wystające ze ścian pordzewiałe kable, zapewne kiedyś przymocowane były do nich żarówki. Wolałem nie sprawdzać, czy wciąż płynie w nich prąd. Kilka rur, w których szumiała woda, a poza tym nic. Nawet pustych butelek czy papierów, które mogłyby świadczyć, że ktoś tu od czasu do czasu zagląda.

Gdy tak stałem na środku schronu, Saszka i Andriej uważnie przyglądali się każdej cegle. Opukiwali ściany młoteczkami, wsłuchując się w odgłos uderzeń.


[1] Współcześnie to miasto nazywa się Tartu.

[2] Od założenia Rzymu ksiąg sto czterdzieści dwie.

Maciej Jastrzębski, Rubinowe oczy Kremla. Tajemnice podziemnej Moskwy, Editio, Gliwice 2017.