O Majdanie i Ukrainie napisano już chyba wszystko. Od ponad dwóch lat polski rynek skutecznie zalewają książki pisane według podobnego schematu – jednoznacznie oskarża się w nich Janukowycza i jego współpracowników, wybielając tym samym uczestników ogromnej ukraińskiej rewolucji, która dokonała się na kijowskim Placu Niepodległości i w sercach milionów obywateli tego poradzieckiego kraju. Niejednokrotnie już czytaliśmy o okrucieństwie Berkutu, strzelaniu ostrą amunicją do niewinnych ludzi, o narodowym wyzwoleniu spod reżimu prezydenta i przywróceniu prawdziwej demokracji. Przed lekturą Tatuażu z tryzubem zbierzcie wszystkie te frazesy i mantry, a potem porzućcie wszelką nadzieję. Ziemowit Szczerek przemawia bowiem głosem zupełnie odmiennym od dotychczasowych.

Z twórczością autora spotkałem się po raz pierwszy kilka lat temu, gdy pisał na blogu AHistoria, obnażając nieznane fakty – z często pomijanych kronik – w taki sposób, jakiego nie znajdziemy w oficjalnych podręcznikach. Nie inaczej działo się w przypadku jego tekstów dla „Polityki” czy „Nowej Europy Wschodniej”, nie inaczej jest też w Tatuażu z tryzubem. Szczerek zabiera nas w podróż po Ukrainie, która zaczyna się jeszcze w Polsce, w obecnym województwie podkarpackim, na ziemiach zamieszkałych niegdyś przez wielu Ukraińców. Razem z autorem przekraczamy przejście graniczne Medyka-Szehyni, obserwując „mrówki” przerzucające towary z jednej strony kordonu na drugą. Jedziemy po dziurawych drogach do Lwowa, architektonicznej perełki Hałyczyny – dalej – mijając zapomniane przez Boga wioski po drodze do Kijowa, na wschód. Tak daleko na wschód, jak to możliwe. Nie jest to jednak zwyczajny reportaż z podróży. Szczerek nad wyraz celnie opisuje ten ogromny kraj rozszczepiony na kartach książki do atomów, z których nie wszystkie są piękne jak lwowska starówka. Zderza się ze sobą wiele różnych Ukrain, nie tylko te przed- i pomajdanowa, ale i Ukrainy, o których zwykły turysta nie ma pojęcia. Autor pisze w sposób tak naturalny i trafny, że czytając Tatuaż z tryzubem przytakiwałem z uśmiechem. Gdybym sam miał pisać książkę o Ukrainie, to brzmiałaby ona podobnie.

A to dlatego, że Szczerek nie bierze jeńców. Nie rozdrabnia się, jak inni reportażyści, nie pochyla się z gromnicą w ręku nad ofiarami Majdanu, nie próbuje nam wcisnąć kitu o unifikacji Ukrainy z Europą. Szczerek nie jedzie tylko do Kijowa, żeby pokazać to, co prosty człowiek chce zobaczyć. On się wgłębia w ten niezwykły organizm ukraiński, który – jakimś cudem, pomimo wielu ran i wewnętrznych krwotoków – wciąż żyje i oddycha. Autor zabiera nas na skraj przepaści, nad którą Ukrainę doprowadził Janukowycz, ale pokazuje, że nowa władza nie rzuca państwu koła ratunkowego. Pośród całej tej politycznej zawieruchy są prości Ukraińcy, z którymi Szczerek rozmawia zarówno o rzeczach błahych, jak i najwyższej państwowej wagi.

Tatuaż z tryzubem nie jest książką dla zwolenników Poroszenki. Ba, niejeden Ukrainiec obrazi się po przeczytaniu słów zawartych na tych trzystu stronach. Ja jednak przyznam, że lepszej książki o naszych wschodnich sąsiadach jeszcze nie czytałem. Bez dwóch zdań, pozycja godna polecenia.

Wadim Filiks

Ziemowit Szczerek, Tatuaż z tryzubem, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015.