Sama już nie wiem jak, ale znów zrodził się pomysł, żeby latem pojechać nad Bajkał. Tym razem na dłużej, 2-3 tygodnie, a potem dalej na wschód. Niestety, im dłuższa wyprawa, tym trudniej zebrać chętnych, szczególnie jeśli w grę wchodzi namiot, plecak i jedna para spodni (ta na sobie, nie w plecaku!). Jako dział językowy znowu samotnie dołączyłam do składu podstawowego, czyli: kierownik wyprawy – Tomek, kuchnia/zaopatrzenie – Gosia.  A ponieważ jesteśmy rodziną i wszyscy znamy się dobrze, mogliśmy pominąć etap integracji i od razu przejść do złośliwych uwag i głupich żartów. Plan był prosty: samolot do Moskwy, plackarta do Irkucka, bania nad Bajkałem, a potem zobaczymy.

W Moskwie każde z nas było nie raz i standardowe punkty mieliśmy „zaliczone”, więc na stolicę przeznaczyliśmy 1 dzień i każdy mógł zaproponować, co chce tego dnia robić. Tomek wybrał wizytę w Muzeum Kosmonautyki – POLECAM!!! Ja chciałam odwiedzić Mauzoleum, bo Lenina widziałam tylko raz w 2008 (już wtedy nie wyglądał najlepiej i chciałam sprawdzić, jak się trzyma). Niestety, Wódź „przyjmował” tego dnia do 13.00, a my byliśmy na Placu Czerwonym o… 13.00. W zaistniałej sytuacji niezwłocznie udaliśmy się metrem do stacji WDNCh, żeby Gosia mogła obejrzeć film w KINOPANORAMIE. Kinopanorama to niewielki budynek ze specjalną, okrągłą salą kinową, pośrodku której sadza się widzów. Film, nakręcony kamerą o 11 obiektywach (zaprojektowaną przez radzieckich inżynierów tak, by filmować jednocześnie pełne 360 stopni), wyświetlany jest na 11 ekranach, które otaczają widzów. Jako że kamera zaginęła, niezmiennie od lat wyświetlane są te same 3 lub 4 tytuły.  Widzieliśmy już 2 – bardzo ciekawe doświadczenie!

W ogóle WDNCh, czy też raczej ВВЦ (Bсероссийский Выстовочный Центр) to niezwykłe miejsce, z ogromną liczbą niepowtarzalnych pawilonów wystawowych, pomnikiem Zdobywców Kosmosu, słynną fontanną „Przyjaźń Narodów” (Дружба народов) i jakże charakterystycznym posągiem Robotnika i Kołchoźnicy. Osobiście najbardziej ujął mnie pawilon nr 11. Oprócz oczywistych walorów estetycznych …sprzedawano tam bardzo dobrą miedowuchę. I tu drobna uwaga: pawilon nr 11 jest aktualnie zamknięty, nie zmienia to jednak faktu, że spożywanie miedowuchy na słońcu nie jest polecane!

PLACKARTA (Плацкарта). Nie będę się tu rozwodzić jak wspaniały to środek transportu, jakich ludzi można spotkać i jakie obserwacje poczynić. Moi znajomi dziwią się, co można robić 3 dni w pociągu, tymczasem pytanie powinno brzmieć: czego tam zrobić nie można? A najlepsze jest to, że człowiek wstaje rano, robi przedziałek i ma fajrant!;)

Do Irkucka dotarliśmy przed południem. Bardzo lubię to miasto (najbardziej ze wszystkich rosyjskich miast, jakie do tej pory widziałam), ale zawsze jesteśmy tu „jakoś tak przejazdem”. Tym razem poświęciliśmy Irkuckowi więcej czasu. Ze wszystkiego, co udało się zwiedzić i zobaczyć najlepiej wspominam Muzeum Mineralogiczne przy Politechnice (szczególnie sklepik z wyrobami jubilerskimi!) oraz „polski kościół”, czyli obecną filharmonię. Kościół jest zamknięty dla zwiedzających, żeby wejść do środka trzeba kupić bilet na koncert. Tomka można namówić na różne rzeczy. Koncert w filharmonii zdecydowanie do nich nie należy! Gosi udało się za to wykorzystać pogodę i zrobić ciekawe zdjęcie kościoła, odbijającego się w stojącym obok nowoczesnym szklanym wieżowcu. Nowoczesne budynki mieszają się tu z dawną architekturą. Stara zabudowa powoli i dosłownie niknie. Nie trzeba wcale długo szukać, żeby natrafić na „przycupniętą” (strasznie lubię to słowo!) chałupę z klamką na wysokości chodnika. Domy, które są w stosunkowo dobrym stanie, restauruje się i przenosi na jedną z ulic w centrum, ale to wyjątki – większość zapada się, niszczeje, jest wypierana przez wieżowce.

Wieczorem, bardzo ekonomicznie, wzięliśmy hotel na 12 h, żeby się 4 x „wy” (wykąpać, wyprać, wysuszyć i wyspać), a rano ruszyć nad Bajkał! Właściwie tę część wyprawy można by streścić w jednym zdaniu: Bajkał jak zwykle pyszny (zarówno gotowany jak pity bezpośrednio, a i kąpiel bardzo przyjemna!;). Muszę jednak napisać nieco więcej, żeby wyjaśnić, skąd wziął się tytuł, czyli „Wyprawa do bani”. Uprzedzam, że żadnych opisów przyrody i zachwytów nad jej niebywałym pięknem nie będzie! Nie znam takich ładnych słów, dlatego zdjęcia będą musiały „bronić się” same.

Tak więc przeprawiliśmy się promem z Listwianki (Листвянка) do Portu Bajkał, a stamtąd pieszo, wzdłuż torów do turbazy w Ułanowie (Уланово). Jako że czasu mieliśmy sporo, postoje były długie i… na miejsce dotarliśmy prawie po ciemku. Z domu służbowego wyszedł Siergiej Wasiljewicz. Zapytałam, czy pamięta nas i to co nam obiecał? Pokiwał twierdząco, ale po twarzy było widać, że nie ma pojęcia, kim jestem i o czym mówię;). Wyjęłam więc nasze wspólne zdjęcie, powiększone i oprawione. I tu trzeba сofnąć się o 2 lata.

Pierwszy raz nad Bajkałem…

Jechaliśmy koleją Okołobajkalską ze Sludianki (Слюдянка) do Portu Bajkał. Pogoda była bardzo ładna, więc ostatni odcinek trasy postanowiliśmy przejść pieszo.  Przez cały dzień nie spotkaliśmy ani jednego człowieka (dopiero pod wieczór mijało nas dwóch mężczyzn na drezynie). W miarę jak zaczynało się ściemniać, robiło się coraz bardziej pochmurno, aż w końcu zaczęło padać. Zgodnie z przewodnikiem, nawigacją i nie wiem czym tam jeszcze, byliśmy już w turbazie, tymczasem na horyzoncie tylko mała altanka pełna ludzi. Okazało się, że to grupa kolejarzy świętująca zakończenie corocznego przeglądu torów. Tak poznaliśmy Olgę, Darię, Igora i Saszę (oraz innych, których imion nie pamiętam). Pytałam o nocleg, odpowiedzi nie uzyskałam, za to wszyscy zostaliśmy wciągnięci do już i tak tłocznej altanki, nakarmieni i napojeni. Do dzisiaj śmiejemy się z Tomka, który przez cały wieczór nie mógł zrozumieć, dlaczego Olga tak nalega żeby się „nie ścieśniać”, skoro nie można się tam było nawet ruszyć;). Rozmowy, żarty, trunki. Nagle do altanki wpadł mężczyzna, który mijał nas na drezynie, i zza pazuchy przemoczonej kurtki wyjął… a co miał niby wyjąć?! – dwie butelki. Okazało się, że to Sasza, najstarszy z całej kompanii. Szybko wprowadzony w szczegóły przywitał się z nami serdecznie i złapał za telefon, żeby załatwić nam „tani nocleg z banią” – podobno najlepszą w okolicy. Sasza zaprowadził nas na miejsce, udzielił instrukcji i oddał w ręce kierującego turbazą Siergieja Wasiljewicza. Ten pokazał nam banię, pokoje i poinformował, że nocleg kosztuje, pamiętam jak dziś, 1600 rubli od osoby. Nie wiem już jaką minę zrobiłam, ale wiem, co powiedziałam:

- …a nam powiedzieli, że 1000 za wszystkich.

- Kto wam tak powiedział?!

- …noo, kolejarze.

Podejrzewam, że moja mimika miała spory wpływ na to, co działo się dalej. Siergiej Wasiljewicz próbował się nie śmiać (naprawdę próbował), potem zaczął coś mamrotać i w końcu się zgodził. Ale za banię policzył osobno:)

Bania w Ułanowie robi wrażenie, jest stosunkowo nowa i ładnie usytułowana. Brzeg jest w tym miejscu wysoki, więc przymocowano do niego drewniane zejście oświetlone lampkami. Sasza miał rację – było cudnie. Jeśli ktoś nie próbował ruskiej bani, powinien to zrobić. Jeśli ktoś po bani miał możliwość schłodzenia się w Bajkale i tego nie zrobił, to albo siedział tam za długo i mózg mu się przegrzał, albo jest zwykłym pajacem!

Następnego dnia ruszaliśmy dalej, piechotą do Portu Bajkał. Serdeczne pożegnanie, pamiątkowe zdjęcie i… to właśnie wtedy Siergiej Wasiljewicz obiecał, że jeśli kiedyś wrócimy z tym zdjęciem, przygotuje nam banię i przenocuje nas za darmo. Najwyraźniej nie wiedział na kogo trafił…

Teraz, kiedy przypomniał sobie to wszystko, śmiał się jak dziecko. Z obietnicy oczywiście się wywiązał, aż było nam głupio, bo co 5 minut pytał, czy czegoś nie potrzebujemy i co jeszcze może dla nas zrobić?! Trzeba zaznaczyć, że nie było naszą intencją wykorzystanie Siergieja Wasiljewicza, ani narażenie go na jakiekolwiek koszty związane z naszą wizytą. Było jednak jasne, że pieniędzy nie przyjmie. Zastosowaliśmy alternatywne rozwiązanie;)

Dalej mieliśmy przejść brzegiem Bajkału z Listwianki aż do Piesczanej Buchty (Песчаная бухта) (nazywanej „Syberyjską Riwierą”), a potem przedostać się na Olchon (Ольхон). Niestety, zaczęło padać, a my skończyliśmy na pozach w Irkucku. Wróciliśmy co prawda po kilku dniach, kiedy pogoda się poprawiła, ale na Buchtę i Olchon było już za mało czasu. Zrobiliśmy krótszy szlak, przez Bolszyje Koty (Большие Коты) do wsi Bolszoje Gołoustnoje (Большое Голоустное) (wtedy nie wiedziałam jeszcze, że pani Barbara Włodarczyk realizowała tam jeden ze swoich reportaży), a następnie pojechaliśmy „do wód”.

Arszan (Аршан) rozczarował nas zupełnie. Lecznicze wody mi osobiście w ogóle nie smakowały, ale to jest kwestia indywidualna i nie mam z tym problemu. Miałam za to problem z cenami w sklepach i walającymi się na każdym kroku kupami śmieci. Najpopularniejszą górkę, Pik Lubwi (Пик любви), zaliczyliśmy w dość dobrym tempie, ale tego też nie wspominam zbyt miło. Upał, muchy, komary, zero wiatru, a na szczycie Gosia wyjaśniła mi na własnym przykładzie, skąd się wzięła nazwa Pik Lubwi (droga na szczyt jest jak jej małżeństwo z Tomkiem – cały czas pod górkę!;). Arszan leży przy granicy z Mongolią, bardzo blisko jeziora Chubsuguł (озеро Хубсугул), zwanego Małym Bajkałem. Niestety, tamtejsze przejście graniczne jest zamknięte dla obcokrajowców, o czym zresztą wiedzieliśmy. Tym niemniej szkoda, bo można było zaoszczędzić sporo czasu i kilometrów, a tak musieliśmy się wracać do Sludianki na pociąg.

W Sludiance mogę polecić dwa miejsca: piekarnię przy dworcu autobusowym oraz dworzec kolejowy, który w całości zbudowano z marmuru. Jeśli chodzi o dworzec, to sam budynek jest bardzo ciekawy, ale mnie najbardziej urzekły czyste i schludne… toalety! Teoretycznie są one płatne, w praktyce korzystałam wielokrotnie, a płaciłam tylko 2 razy (przy czym za pierwszym razem z 50 rubli miła Pani wydała mi 70;).

Tak więc zrobiliśmy zakupy w naszej ulubionej piekarni, pożegnaliśmy się z Bajkałem i ruszyliśmy pociągiem do Ułan-Ude (Улан-Удэ). W Ułan–Ude znaleźliśmy się z 2 powodów: po pierwsze było po drodze do Mongolii, po drugie znajduje się tam największa na świecie „głowa Lenina” (7 czy 8 metrów). Jakoś tak głupio wyszło, ale od słowa do słowa obiecałam koleżance podłubać Leninowi w nosie, co oczywiście zrobiłam!

Samo miasto oszałamiającego wrażenia nie robi. Po ludziach (szczególnie po oczach) widać, że jest się już daleko na Wschodzie. Na ulicach szyldy reklamujące odzież z Europy i, co ciekawe, z Polski. Oprócz „głowy” zwiedziliśmy jeszcze Etnograficzne muzeum narodów Zabajkala, czyli skansen za miastem. Kompleks jest dość spory i ciekawie podzielony. Ma przedstawiać życie i architekturę Ewenków, Buriatów, ruskich Kozaków, czy staroobrzędowców. Większość wnętrz jest umeblowana, ale nie wszędzie można wejść. Czasem patrzy się do środka przez kraty, a czasem zwyczajnie pracownica muzeum krzyczy, że „Wchoda niet!”. Jest tam też coś na kształt zoo ze zwierzętami Zabajkala.

Bardzo miło spędziliśmy południe, ale rano odjeżdżał nasz autobus do Ułan Bator (Улан-Батор) i właściwie myślami byliśmy już w Mongolii. Wiedziałam tylko tyle, że nad Bajkał trzeba jeszcze wrócić. Tym razem zimą.

Sylwia Franica