Spacerując po szerokich, zadbanych prospektach Soczi – rosyjskiego przyczółka na wybrzeżu Morza Czarnego, mało kto zdaje sobie sprawę, że jeszcze 150 lat temu teren, który dzisiaj zajmuje metropolia, był świadkiem okrutnych rzezi Czerkiesów – autochtonicznej ludności zamieszkującej wiecznie zielone subtropiki. Równie ciężko wyobrazić sobie, że tylko dwieście kilometrów górskich szczytów Kaukazu, rozpościerających się u zachodnich granic miasta-gospodarza zimowej olimpiady, oddziela ten rosyjski raj od siedzib czeczeńskich i inguszeckich islamskich radykałów, dla których przeniesienie masakry monachijskiej na rosyjskie realia byłoby jedyną możliwą do zaakceptowania rekompensatą za lata walk i ucisku. Z pewnością żaden przechodzień nie jest też świadomy tego, że na ulicach, stokach, wyciągach narciarskich, torach bobslejowych, a nawet na olbrzymim, 40-tysięcznym stadionie Fisht, który już stał się symbolem rosyjskich igrzysk, grasuje biały słoń. Zwierzę to – zupełnie tak samo, jak w dawnych Indiach – jest darem od władcy, ale darem, jak przystało na Rosję, udoskonalonym i niepowtarzalnym. Maharadżowie białymi słoniami (zwierzętami nie dość, że świętymi, a więc bezużytecznymi, to na dodatek bajecznie drogimi w utrzymaniu), nagradzali tylko tych, których bardzo pragnęli uszczęśliwić (a więc doprowadzić do bankructwa). Władimir Władimirowicz Putin kolejnym już białym słoniem (inne nazywają się – Uniwersjada w Kazaniu i Mundial 2018) uszczęśliwił zaś cały naród. A słoń to nie byle jaki – już skonsumował 51 miliardów dolarów (tym samym stał się najbardziej żarłocznym słoniem w historii nowożytnych igrzysk olimpijskich – do tej pory najdroższa impreza, zorganizowana w Pekinie, pochłonęła 50 miliardów dolarów), a przy okazji sporo narozrabiał – wysiedlił tysiące ludzi, zniszczył unikalne na skalę światową źródła wody leczniczej, z których słynął kurort, wyciął setki hektarów lasów zamieszkiwanych przez zagrożone wyginięciem gatunki, a połowę kremlowskich petrodolarów schował do kieszeni i zniknął gdzieś w górskich ostępach Kaukazu.

Ten słoń-paradoks nie jest zresztą jedynym uciekinierem z miasta-paradoksu, jakim stało się olimpijskie Soczi. Na ulicach kurortu trwa polowanie na wszystkich i wszystko, co odbiega od wytyczonej przez Kreml normy – masowo wywożeni są z miasta ludzie o widocznych, niesłowiańskich rysach, którzy przed paroma laty równie masowo byli zwożeni na czarnomorskie wybrzeże, by budować infrastrukturę niezbędną do zorganizowania igrzysk (70% zatrudnionych pracowników budowlanych pochodziło z Kaukazu i zakaukaskich republik). Równie bezkompromisowo władza odnosi się także do własnych obywateli – tysiące mieszkańców Soczi zostało wysiedlonych ze swoich domów bez prawa do rekompensaty, albo w zamian za śmieszne kwoty, nie pozwalające nawet na wynajęcie pokoju w tzw. komunałce. Tak samo zlekceważone zostały wszelkie procedury dotyczące ekologii – na skutek nierozważnie prowadzonych robót zniszczone zostały dziewicze, wiecznie zielone lasy, zachwianiu uległ cały, niepowtarzalny, ekosystem, zanieczyszczone zostały źródła, które ratowały zdrowie samego Generalissimusa. Ale to przecież nie jest takie ważne – to koszty, z którymi trzeba się było liczyć, bo to koszty Olimpiady w Soczi, której należy nadać patronimik Władimirowna – od imienia jej ojca – pierwszego obywatela kraju, w którym wcześniej nie było seksu, a teraz nie ma homoseksualistów – Władimira Władimirowicza.

Podczas podróży z Wacławem Radziwinowiczem niezliczone kilometry nowych dróg, różnego typu stoków i torów narciarskich schodzą na dalszy plan – stają się elementem gry, dzięki której Igrzyska Putina zapewne przytłoczą swym rozmachem zaproszonych gości. Równie pewne jest to, że od razu po imprezie wtopią się w panoramę miasta, nad którym wciąż góruje monumentalny pałac, jeszcze do niedawna użytkowany przez KGB jako miejsce tortur. Redaktor Radziwinowicz prowadzi swoją opowieść niezwykle skrupulatnie, zatapiając czytelnika w tragicznej, krwawej historii tych urodzajnych ziem, dziś już praktycznie pozbawionych wojowniczych, góralskich plemion, które zmuszone były ulec olbrzymiej carskiej armii. I dzisiejszym powstańcom przyjdzie zapewne złożyć broń, albo polec w nierównej walce z aparatem władzy. Budujące jest jednak to, że i dzisiaj Czerkiesów w Soczi nie brakuje, i nie brakowało ich w 1980 roku w Moskwie. Radziwinowicz odnajduje ludzi żyjących na uboczu systemu przepojonego propagandą sukcesu – geja, który nie ma prawa do życia, człowieka wysiedlonego z rodzinnego domu konfrontuje z opływającym w luksusy oligarchą, ozłacanym przez Kreml za drobne przysługi. Dzięki opowieści Wacława Radziwinowicza zyskujemy pełny obraz Olimpiady w Soczi, przed którą nawet ogień olimpijski gasł ze strachu.

Igrzyska Putina, tak samo jak te Breżniewa, rozegrają się więc na dwóch płaszczyznach – wygranych i przegranych. Niestety, to nie sportowe współzawodnictwo (tak ukochane przez mistrza judo – Władimira Putina) decydować będzie o przynależności do tych grup, o to zadbał już Kreml, a z jego wyrokami nie należy polemizować. Niestety, znów może się okazać, że rywalizacje na stokach i skoczniach zejdą na dalszy plan, znów może wyjść na jaw, że piękny szynel, jaki przywdziewa na siebie Rosja, kiedy przechadza się po wybiegu i próbuje zawstydzić Zachód, chowa pod sobą wiele blizn i wrzodów, które mogą pęknąć w dowolnym momencie. A Cesarza w wydaniu współczesnym, dzięki najnowszej książce Wacława Radziwinowicza znacznie nam bliższego i wydawałoby się już trochę oswojonego, będziemy mogli zobaczyć już na ceremonii otwarcia XXII Zimowych Igrzysk Olimpijskich – 7 lutego, dokładnie o godzinie 20.14.

Paweł Łaniewski

Wacław Radziwinowicz, Soczi. Igrzyska Putina, Wydawnictwo Agora SA, Warszawa 2014.