Piotr Pogorzelski
Barszcz ukraiński
(Fragment I)

Wydawnictwo Editio

Rodz. 4. Oligarchowie

Ukraińscy oligarchowie to fenomen, bez którego zrozumienia nie można pojąć współczesnej Ukrainy. Tak naprawdę to oni kształtują ukraińską politykę — wewnętrzną i zewnętrzną. Za pomocą kontrolowanych przez siebie mediów zaszczepiają społeczeństwu swoją wizję świata.

Termin „oligarchia” oznacza władzę nielicznej grupy osób — na Ukrainie są to przedstawiciele wielkiego biznesu. Większość z nich dorobiła się swoich fortun w latach dziewięćdziesiątych, w czasie prywatyzacji kombinatów przemysłowych, w tym metalurgicznych i chemicznych. Był to okres młodego, dzikiego kapitalizmu, ze strzelaninami, zasadzkami i pościgami jak w hollywoodzkich filmach oraz wystawnym życiem. Mawiano wówczas: „Korzystaj z dnia dzisiejszego, bo następnego może już nie być”. Sytuacja uspokoiła się na początku XXI wieku, gdy właściwie niemal wszystko, co się dało zabrać państwu, już zostało zabrane. Zmienili się także oligarchowie. Oczywiście są to wciąż ci sami ludzie, ale wyglądają teraz inaczej. To już nie tamci grubi faceci w koszulach rozpiętych na trzy guziki i ze złotymi krzyżami na gołych torsach, ale mężczyźni, którzy obstalowują garnitury u najlepszych europejskich krawców, wielu zna angielski, a ich firmy są zorganizowane na wzór zachodni i nierzadko zatrudniają pochodzących stamtąd menedżerów. Gabinety oligarchów nie kapią już złotem, a są utrzymane w zimnym stylu high-tech. Pozory mogą jednak bardzo mylić. Za tą fasadą kryją się bowiem dawne wzorce działania, choć oczywiście teraz mało kto urządza strzelaniny na ulicy. W sytuacjach konfliktowych wykorzystuje się sądy (ten ma rację, kto dał więcej) oraz „sportowców”, którzy czasem muszą pomóc oponentowi zrozumieć istotę sprawy. Najważniejszą rolę odgrywają jednak związki z władzą.

Możemy mówić o ukształtowaniu się na Ukrainie systemu demokracji oligarchicznej, w którym niewielka grupa osób stara się kontrolować większość społeczeństwa i wpływać na dokonywane przez obywateli wybory albo za pomocą mediów, albo — jak widzieliśmy podczas wyborów parlamentarnych w 2012 roku — poprzez próby kupowania głosów, a w niektórych okręgach jawne fałszerstwa, najczęściej nawet nie samego głosowania, a jego wyników. Większość ukraińskich oligarchów czuje się w tym systemie jak ryby w wodzie i nie widzi podstaw ani konieczności dla dokonywania jakichkolwiek zmian. Tymczasem na Zachodzie, w tym też w Polsce, wciąż się wierzy, że to oni dokonają w tym kraju proeuropejskiej rewolucji. (…)

Rozdarci oligarchowie

Oligarchowie mogliby ulec pewnym pokusom doprowadzenia do zmiany sytuacji we własnym kraju. Gdyby Ukraina zdecydowała się na prozachodnie reformy, wartość ich majątku znacznie by wzrosła. Pytanie jednak, czy warto poczekać, czy lepiej wybrać szybkie zyski już teraz. Witalij Sycz tłumaczy to na przykładzie dwóch krajów, jednego przed przełomem, a drugiego po przełomie: „10 procent majątku Czech jest warte więcej niż 20 procent majątku Uzbekistanu. Ale tutaj oligarchowie natrafiają na pokusę, gdyż mogą przejąć 40 albo nawet 80 procent Uzbekistanu i nie czekać, aż ich kraj zmieni się w Czechy. I mają dylemat, co jest dla nich lepsze, czy iść na Zachód, czy pozostać w swoim przestarzałym państwie” — zaznacza redaktor naczelny „Korrespondenta”.

Innym plusem obecnego okresu pewnej izolacji ekonomicznej Ukrainy jest dla oligarchów tania siła robocza. Wraz z wejściem zachodnich inwestorów mogą wzrosnąć płace, a co za tym idzie — produkcja będzie o wiele mniej opłacalna.  Trzeba będzie także modernizować swoje zakłady, a na to wielu oligarchów nie jest gotowych.

Politolog z Doniecka Stanisław Fedorczuk podkreśla, że ukraiński biznes chorobliwie boi się konkurencji, ponieważ kojarzy mu się ona z latami dziewięćdziesiątymi: „Tworzenie pierwszego kapitału było związane z dziką konkurencją, z fizyczną likwidacją konkurentów, całych rodzin. Każdy ukraiński oligarcha podświadomie się obawia, że znaleźć się w takim środowisku oznacza przegrać. Może oni by mogli wygrać, ale są przekonani, że przegrają”.

Najważniejszym argumentem za tym, aby nie angażować się zdecydowanie po stronie integracji europejskiej, jest jednak to, że oligarchom potrzebne są dobre stosunki z Rosją. I to bynajmniej nie z nostalgii za ZSRR, a dlatego, że największe fortuny na Ukrainie oparte są na gazie i innych surowcach energetycznych. Biznesmeni zdają sobie sprawę, że zwrot na Zachód doprowadzi do pogorszenia stosunków z Moskwą, a to spowoduje dalszy wzrost ceny błękitnego paliwa dla Ukrainy. „Dlatego oni chcą być jednocześnie piękni i mądrzy. »Piękni«, bo chcą wchodzić na giełdy na Zachodzie, na wielkie rynki, w tym Unii Europejskiej, i przyjmować pewne zachodnie zasady. »Mądrzy«, bo potrzebują tanich surowców” — podkreśla Walerij Czałyj, zastępca dyrektora stołecznego Centrum Razumkowa, jednego z najbardziej prestiżowych ukraińskich think-tanków. I dodaje, że choć trudno biznesmenów uznać za siłę proeuropejską, na pewno powstrzymują oni władze od pełnej integracji z Rosją. Dla oligarchów najwygodniejsza jest obecna sytuacja zawieszenia między dwoma blokami. Jeżeli przeanalizujemy pierwszą setkę najbogatszych Ukraińców tygodnika „Korrespondent”, odkryjemy, że wielu przedsiębiorców ma też zakłady w Unii Europejskiej. Na przykład numer 1, Rinat Achmetow, ma zakłady metalurgiczne i kopalnie w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Włoszech i Bułgarii. Nawet uznawany za prorosyjskiego Dmytro Firtasz chętnie inwestuje w Estonii, Bułgarii, Rumunii i na Węgrzech oraz angażuje się w wydobycie gazu łupkowego w Polsce (prawdopodobnie poprzez spółkę DPV Service).

Co jakiś czas powraca kwestia podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską, obejmującej powołanie strefy wolnego handlu. Na razie jej tekst nie jest znany i trudno ocenić, na ile byłaby ona korzystna dla ukraińskich oligarchów. W raporcie OSW Demokracja oligarchiczna[1] Sławomir Matuszak przewiduje, że niewiele się dla nich zmieni, a na pewne zyski, i to w perspektywie długoterminowej, będą mogli liczyć ci, którzy zajmują się przede wszystkim rolnictwem. Jeżeli przeżyją pierwszą falę napływu tanich produktów z Unii Europejskiej…

Wśród biznesmenów widać jednak pewien zachwyt Zachodem. Wielu moich rozmówców zwracało uwagę, że jest to zachwyt turysty, który widzi czyste, oświetlone ulice, nowoczesne metody zarządzania i sprawiedliwe sądy, ale nie powiązuje tego z jakimiś głębszymi wartościami poza pragmatyzmem. Co ciekawe, większość sporów między największymi ukraińskimi biznesmenami jest rozwiązywana właśnie w europejskich sądach. „Jeśli masz rację, to tam masz większe szanse na zwycięstwo. Jeżeli nie masz racji, to lepiej się sądzić na Ukrainie, zapłacić łapówkę i wygrać” — podkreśla Stanisław Fedorczuk.

Oligarchowie chętnie także mieszkają na Zachodzie. Na przykład Ihor Kołomojski większą część roku spędza w Genewie. W Unii Europejskiej uczą się też ich dzieci. Zawierają tam znajomości, które zapewne przydadzą się im w późniejszym życiu. Można odnieść wrażenie, że traktują oni swój kraj pochodzenia jako kolonię i z jej eksploatacji czerpią zyski. Dla takich ludzi izolacja Ukrainy, w postaci na przykład sankcji polegających na zakazie wjazdu na terytorium Unii Europejskiej, byłaby katastrofą. „Oni chcą jeździć do Niemiec, Stanów Zjednoczonych, Francji czy Włoch, a nie na trekking do Kirgizji czy na ryby nad Bajkał” — dodaje Witalij Sycz. Między innymi dlatego ukraińscy biznesmeni dbają o swój proeuropejski wizerunek. (…)


[1]

____

(Fragment pochodzi z książki „Barszcz ukraiński” Piotra Pogorzelskiego, korespondenta Polskiego Radia w Kijowie”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Helion).

mat. prasowe Wydawnictwa Editio
inf. nadesłana
www.editio.pl