Rublowka. Polska wersja popularnej ”Wikipedii” poświęca temu hasłu zaledwie dwa akapity, zaznaczając że „obecnie to skupisko rezydencji milionerów i jedno z najbardziej prestiżowych miejsc w Rosji”. Pozornie nie można tej definicji niczego zarzucić. Faktycznie – jest to potoczna nazwa zachodniego przedmieścia Moskwy, tak się bowiem składa, że przez sam środek tej ziemi obiecanej milionów Rosjan przebiega bezczelnie i bez cienia respektu szosa Rublowsko-Uspienska. Rzeczywiście, wcześniej mieszkali tutaj przywódcy Związku Radzieckiego i Rosji – Włodzimierz Lenin, Józef Stalin, Leonid Breżniew czy Borys Jelcyn, a dwaj pierwsi na rublowskiej ziemi wyzionęli nawet ducha. Zupełnie trafnym jest też stwierdzenie, że i obecnie bogate osiedla goszczą najważniejszych z ważnych – przedstawicieli administracji, rządu, oligarchów czy(li) bossów półświatka. Jednak napisać to wszystko, to nadal za mało. Potraktowanie Rublowki jako zwykłego punktu na mapie Rosji i Świata to niedopatrzenie, błąd, który może nieść za sobą olbrzymie konsekwencje. Walerij Paniuszkin wie o tym doskonale, dlatego nigdy nie odnosi się do tej świętej ziemi rosyjskiego sukcesu bezosobowo. W ogóle nie odnosi się do niej, jakby była miejscem – wypadkową jakiejś śmiesznej długości i szerokości geograficznej. Rublowka jest grą, a jej mieszkańcy graczami. I to nie grą wyszukaną jak rosyjska ruletka. Rublowka jest zwyczajnym RPG-iem, w którym nasz bohater – wrzucony w rublowskie realia, korzystając ze wszystkich dostępnych środków, musi każdego dnia udowadniać, że jeszcze istnieje.

Paniuszkin również swoją książkę oparł na schemacie znanym z RPG-ów – nuworyszowska rzeczywistość stopniowo otwiera przed czytelnikiem swoje podwoje, ukazując kolejne procesy kształtowania się gracza. Czytelnik dostaje do ręki przewodnik – mini-encyklopedię, bez której zrozumienie Rublowki byłoby niemożliwe. Bo jak zrozumieć fakt, że wspomniana już szosa Rublowsko-Uspieńska codziennie zamykana jest na 40 minut, tylko po to by bezpiecznie mógł przejechać nią kordon najważniejszego z rezydentów nie tylko osiedla, ale i całej Rosji, czyli Władimira Putina? Dlaczego jedna z głównych arterii, łączących kraj z jego stolicą musi być paraliżowana, dlaczego setki funkcjonariuszy prezydenckiej ochrony bezustannie snują się wzdłuż ruchliwej drogi? Istnieje przecież znacznie bardziej ekonomiczny, bezpieczny i szybki środek transportu, używany przez większość głów państw na Zachodzie – helikopter.

Ale mieszkańcy osiedli wcale nie udają, że są normalnymi ludźmi. Zgodnie z prawdą uważają się za elitę elit, elitę wizjonerską i nietuzinkową. Paniuszkin określił ich mianem trendsetterów, a trendsetterstwo uznał za niezbędny atrybut każdego gracza, który chce (a przecież musi chcieć!) utrzymać się w grze. Niemymi świadkami zmieniających się trendów są domy, których na Rublowce jest pewnie więcej niż mieszkańców. Jest ich mniej więcej tyle, ile krótkotrwałych krzyków rublowskiej mody. Są więc pałacyki alpejskie, obok nich czają się pseudogotyckie rezydencje, są zamki i dwory nawiązujące do wszystkich epok historycznych (czasem także do wszystkich jednocześnie) – jest wszystko, czego dusza zapragnie. I niech zachodni milionerzy z wieloletnim stażem śmieją się, że rublowskie rezydencje nie mają nic wspólnego z poczuciem smaku. Nie muszą. Jak wszystko na Rublowce, są jedynie odzwierciedleniem poziomu gracza, dowodem na to, że ich mieszkańcy jeszcze liczą się w grze.

Oprócz tego, obowiązkiem każdego mieszkańca jest realizowanie Projektu. Jeśli chcesz angażować się w działalność charytatywną – proszę bardzo. Może działalność opozycyjna? Czemu nie. Jeśli tylko nie będzie to wpływać na wysokość dotacji wpłacanych na konta kremlowskich dygnitarzy i nie podejdziesz do tego zbyt ambicjonalnie – droga wolna. Taki „Obywatel poeta”, sterowany przez Andrieja Wasiljewa, okazał się być i śmieszny i opłacalny. Na Chodorkowskiego, wydającego setki milionów dolarów na wspieranie wszystkich opozycyjnych ugrupowań, władza także patrzyła z przymrużeniem oka. Może jednak lepiej postawić przed sobą nieco ambitniejsze zadanie? Na przykład takie, jak miliarder Prochorow, który najpierw doprowadził do głośnego skandalu, kiedy to na polecenie ówczesnego ministra spraw zagranicznych Francji Nicolasa Sarkozy’ego został aresztowany i oskarżony o sutenerstwo (oligarcha miał po prostu kaprys wziąć ze sobą na zimowy wypoczynek dwa autokary pełne modelek), a potem, niejako w formie rewanżu, tak uporczywie i hojnie finansował różnorakie francuskie inwestycje, że w końcu udało mu się zrealizować swój plan – na jego piersi zabłysnął francuski Order Legii Honorowej.

Wszechogarniający luksus i spełnianie wszystkich zachcianek to jednak tylko jedna strona medalu wręczanego każdemu graczowi. Istnieje jeszcze druga, z którą przyszło się zmierzyć wielu niepokornym, którzy przecenili swoje możliwości, albo nie docenili przeciwnika. Struktura rublowskiej społeczności jest bardzo zhierarchizowana – a szczyt tej piramidy stanowi sam prezydent i jego bezpośrednie zaplecze. Większość mieszkańców zdaje sobie z tego doskonale sprawę – nigdy nie odważyliby się na przykład użyć zamontowanego w ich autach (za stosowną opłatą rzecz jasna) policyjnego koguta, by wymusić pierwszeństwo na policyjnej kolumnie. Nigdy nie odmówiliby też Putinowi, niezależnie od absurdalności jego życzenia. Roman Abramowicz, którego częściej niż w Rosji można było spotkać na jego luksusowym jachcie, bądź na trybunach Stamford Bridge – stadionie należącego do niego klubu Chelsea Londyn, bez mrugnięcia okiem udał się zgodnie z życzeniem prezydenta na Czukotkę, gdzie pełniąc obowiązki gubernatora ma szansę codziennego udowadniania swego oddania dla ojczyzny. Niestety, do tej złotej reguły nie zastosował się Michaił Chodorkowski – do niedawna najsławniejszy rosyjski dysydent. Swoje podwójne życie (podzielone między wspieranie Kremla i partii opozycyjnych) prowadził bardzo długo, problemy zaczęły się jednak, kiedy zachwianiu uległy wysokości świadczeń przesyłanych na konto proprezydenckiej Jednej Rosji, a o swoich ambicjach zaczął mówić zbyt głośno. Jego porażka przyniosła katastrofalne skutki nie tylko jemu samemu (8 lat kolonii karnej), ale także jego współpracownikom z Jukosu. Rublowka – wcześniej wizytówka i świadectwo odniesionego sukcesu, stała się dla nich więzieniem. Poważni managerowie musieli dosłownie zejść do podziemia i spotykać się w tunelu łączącym ich domy –  jedynym miejscu wolnym od podsłuchu FSB.

Książka Paniuszkina to nie tylko przewodnik po tym niespotykanym miejscu i zjawisku. To także próba scharakteryzowania wszystkich procesów (ekonomicznych, politycznych i społecznych), które doprowadziły do jego powstania. Rublowka stanowi kadr z najnowszego wycinka dziejów Rosji – szalonego czysto po rosyjsku, ale równocześnie ślepo zapatrzonego na zachód. To mieszanka wybuchowa i Paniuszkinowi udało się ją w świetny, niezwykle obrazowy sposób uchwycić. Jedyne zarzuty można mieć do tłumaczki, która w koncepcji gry, stworzonej przez petersburskiego dziennikarza, trochę się zagubiła. Kompletny brak znajomości wirtualnej rzeczywistości może nie utrudnia odbioru, ale jest na pewno zniekształceniem nad wyraz skrupulatnego projektu Paniuszkina. A na Rublowce projekt to przecież rzecz święta.

Bez wątpienia to kolejna pozycja, dzięki której obraz Rosji dla polskiego odbiorcy staje się coraz bardziej kompletny – Rosja nie straszy już swoją siermiężną powierzchownością, nie stanowi obiektu kpin, nie jest krajem odległym i egzotycznym. Nadal jest inna, nadal jest skomplikowana, ale coraz bardziej wciąga i coraz bardziej chce się ją chłonąć. Taka sama jest Rublowka – „Nie sposób pojąć jej rozumem…”.

Paweł Łaniewski

Walerij Paniuszkin, Rublowka, Tłum. Agnieszka Sowińska, Wydawnictwo Agora SA, Warszawa 2013.