25 grudnia. Dzień zaczął się niespodziewanie późno. Miałyśmy zamiar zwiedzać od wczesnych godzin porannych, jednak nie udało się tym razem wykonać planu. Po szybkim śniadaniu (w porze obiadowej) wyruszyłyśmy na podbój wyspy. Pogoda była przyjemna, mróz nie dokuczał w takim stopniu jak wcześniej i można się było nawet pokusić o ściągniecie czapki. Oczarowane pejzażami nie mogłyśmy się opanować przed robieniem zdjęć. Z każdym krokiem wydawało się, że obecny widok jest najpiękniejszy oraz warty jest uwiecznienia. W czasie zwiedzania naszła nas myśl, aby wykorzystać możliwość i wypróbować rosyjską banię. Nasza gospodyni nie mogła nas zaprosić do swojej prywatnej łaźni, gdyż zbyt późno ją poinformowałyśmy o naszych planach. Jednak w ośrodku turystycznym, który znajdował się nieopodal udało nam się zarezerwować jedną godzinę. Ze względu na duże zainteresowanie turystów, którzy przebywali w pensjonacie, mogłyśmy skorzystać z tej długo wyczekiwanej przyjemności dopiero późną godziną nocną o 23. Do tego czasu postanowiłyśmy się przygotować do naszej nocnej kąpieli oraz spędzić trochę czasu z Babą Galią.

Przy syto zastawionym stole staruszka postanowiła podzielić się z nami rarytasem kulinarnym, który wyciągnęła podczas biesiadowania. Był to skrzętnie zawinięty w foliowy woreczek kawałek pieczonej oraz porządnie schłodzonej koniny w słoninie, która miała ustrzec nas przed ewentualnym kacem po zakrapianej kolacji. Żądne nowych doświadczeń postanowiłyśmy niezwłocznie skosztować tego smakołyku. Niestety żadnej z nas nie zasmakował ten przygotowany i z honorami podany przez gospodynię prezent. Starałyśmy się nie okazywać naszego niezadowolenia jednak z trudem powstrzymywałyśmy się od odruchów wymiotnych. Nasza reakcja rozśmieszyła Babę Galię, która nie mogła zrozumieć, że ten rarytas może komuś nie smakować, a jej tymczasowe współlokatorki mają takie czułe podniebienia.

Stołowanie i ewentualne odmówienie skosztowania kolejnej porcji wyśmienitej koniny przerwała planowana wizyta w bani. Wyposażone w ręczniki, kilka zakąsek na ząb oraz napoje ruszyłyśmy w głąb miasta. Bania okazała się wspaniałym miejscem. Chyba tego nam było trzeba po kilku dniach intensywnego zwiedzania i podróżowania w niskich temperaturach. Mogłyśmy się zrelaksować oraz nabrać sił na drugą część naszej wyprawy. Po chwilach spędzonych w nadzwyczaj przyjemnej atmosferze, gdy zamierzałyśmy opuścić teren ośrodka turystycznego spotkałyśmy naszych znajomych z pokładu statku, którym przypłynęliśmy na wyspę. Ekipa podróżująca podobnie jak my po Syberii była  iście międzynarodowa: dwoje Holendrów, Francuz i Australijczyk. Podczas rozmowy wymieniliśmy nasze wrażenia nie tylko z podróżowania, ale i z ostatniego wspólnego doświadczenia: bani rosyjskiej. Pozostałe relacje były na tyle drogocenne, gdyż nasi znajomi nie znali języka rosyjskiego i opowiadali o swych perypetiach oraz sukcesach na dalekich ziemiach azjatyckiej części imperium, gdzie jak wiadomo tylko nieliczni znają jeżyk angielski. Niestety, gdy wybiła druga postanowiliśmy rozjeść się do swoich łóżek, ponieważ zamykali ośrodek, a my chciałyśmy jeszcze zdążyć przed zaśnięciem Baby Gali. Niestety nie udało się i musiałyśmy ją wyrwać z letargu, gdyż na zewnątrz robiło się coraz chłodniej i dopadło nas zmęczenie, po opadnięciu wrażeń z tego dnia. Trzeba przyznać, że dzięki wizycie w bani odczuwalna temperatura była zdecydowanie wyższa, jednak nie chciałyśmy się przeziębić, gdyż za kilka godzin czekała nas droga powrotna do Moskwy.

Ciężko było opuszczać to niesamowite miejsce, które nadal wydaje mi się tajemnicze i które z wielką przyjemnością przyjechałabym zwiedzać po raz kolejny. Z jednej strony kusi mnie perspektywa odkrywania wyspy latem, jednak zauważam wiele plusów podróżowania nad Bajkał w chłodniejsze pory roku. Gdy temperatura spada do niewyobrażalnie niskich stopni, większość turystów nie decyduje się na podbój tych terenów, co przyczynia się do naturalnego wyludniania. Gdy zwiedza się kolejne miejsca, możliwość spotkania kogokolwiek jest znikoma, a człowiek ma niewyobrażalną  szansę na bezpośredni i niezakłócony kontakt z przyrodą. Cisza, spokój i odosobnienie towarzyszą człowiekowi przez większość czasu, dzięki któremu może on oddać się kontemplacją. Wystarczy tylko dobrze się przygotować przed mrozem, aby móc cieszyć się pięknem atmosfery wyspy. Zdecydowanie polecam!

Z poczuciem niedosytu i nadziei, że jeszcze kiedyś uda nam się zwiedzić te wspaniałe regiony udałyśmy się w podróż powrotną. Dotarłyśmy do Irkucka, gdzie zakupiłyśmy kilka wędzonych omuli na drogę i wieczorem siedziałyśmy już w pociągu do stolicy. Nasze zapasy były bardzo ograniczone. Niestety wykosztowałyśmy się trochę na tę podróż i na drogę powrotną pozostały nam pasztety z Polski, chleb oraz mandarynki, które wręczyli nam nasi gospodarze. Byłyśmy już przygotowane na przespanie całej trasy, aby nie dokuczał nam ewentualny głód. Jednak czuwała nad nami opatrzność i zostałyśmy przygarnięte przez naszych sąsiadów, którzy opiekując się nami jak rodziną, postanowili nas trochę poratować kulinarnie.

Naszymi nowymi znajomymi byli mieszkańcy Ułan Ude (stolicy Buriatii), którzy jechali w odwiedziny do swoich rodzin, mieszkających często tysiące kilometrów od nich. Natalia Iwanowna jechała do córki, mieszkającej już kilka lat w Petersburgu. Aleksandra Nikołajewna miała zamiar wraz z synem odwiedzić siostrę w Moskwie, aby Nowy Rok przywitać w stolicy, natomiast Nadia Walientinowna wracała do swego męża, który czekał na jej powrót zachodniej części kraju. W takim towarzystwie przyszło nam spędzić ostatnie godziny naszej podróży. Te dni spędzaliśmy na rozmowach o naszych rodzinach, krajach, poruszaliśmy również trudne tematy polityczne bądź historyczne. Niestety często nie mogliśmy się porozumieć, nie rozumieliśmy swoich racji. Jednak co najważniejsze, potrafiliśmy wznieść się ponad te różnice i całą podróż przetrwać we wspaniałej rodzinnej atmosferze.

Tłum ludzi, podmuch nadjeżdżającego metra, pośpiech, zdenerwowanie. Tak nas przywitała Moskwa. Jak niektórzy mówią jest to miasto szalone i właśnie w tym momencie, poczułam na czym polega to szaleństwo. Tak bardzo chciało się wtedy zamknąć oczy i wrócić do Bajkału, poczuć powiew mroźnego wiatru na twarzy, usłyszeć skrzypienie śniegu pod nogami. Jednak brutalna rzeczywistość stolicy była co raz bardziej inwazyjna. Pomimo wczesnych porannych godzin to miasto tętniło życiem, od którego udało nam się odpocząć przez kilka dni i które teraz było tak wielkim zaskoczeniem.

Trasa z metra do akademika dłużyła się niemiłosiernie, plecak ciążył na ramionach, a odzież krępowała ruchy. W końcu udało nam się dotrzeć na siódme piętro. Teraz można się było rozpakować, umyć i położyć do swojego łóżka. Jednak w snach byłyśmy nadal tysiące km stąd, w miejscu gdzie zostawiłyśmy część siebie i które na zawsze pozostanie w naszych wspomnieniach.

Magdalena Biernat