W przedsionku pełno dymu, drzwi otwierają się z oporem, trzaskowi odrywających się i uderzających o ziemię kawałków lodu towarzyszy gwar wysiadających ludzi oraz syberyjskie mroźne powietrze. Irkuck – stacja końcowa naszej kilkudniowej podróży. Syberia przywitała nas w pełnej zimowej aurze. Nie mogłyśmy uwierzyć własnym oczom, gdy zobaczyłyśmy cyfrę -32 na elektronicznym termometrze. Wzięłyśmy głęboki wdech i ruszyłyśmy w miasto, ten dzień dopiero się zaczynał, a my miałyśmy się przekonać na ile przygotowałyśmy się do naszej wyprawy.

Jeszcze nie zdążyłyśmy wejść do budynku dworca, gdy usłyszałyśmy gdzieś w oddali męski głos Dziewuszki padażditie! Okazało się, że Żenia, z którym spędziłyśmy ostatnie godziny podróży wybiegł za nami, aby się pożegnać. Dla dwudziestokilkuletniego, wracającego do domu po spełnionej rocznej służbie wojskowej chłopaka, podróż upływała przy zakrapianych biesiadach z nowopoznanymi pasażerami. Chociaż Żeni w czasie naszej długiej rozmowy nie udało się wytrzeźwieć (gdy już był bliski zawsze otwierał kolejną puszkę piwa), był na tyle świadomy, aby prowadzić z nami głębokie dyskusje na temat relacji damsko-męskich, Rosji, Polski oraz o swoich najbliższych planach życiowych. Nasz nowy kolega marzył o znalezieniu odpowiedniej kandydatki na żonę, założeniu rodziny oraz spokojnym życiu w miejscu, gdzie się urodził i wychował, osadzonego głęboko w tajdze syberyjskiej. Widząc nasze zainteresowanie swoją ojczyzną, Żenia zaprosił nas do siebie pod Błagowieszczeńsk. Twierdził, że tak naprawdę tylko bezpośredni kontakt z przyrodą i mieszkańcami pozwali nam poznać nieokiełznaną duszę rosyjską. Z zapisanym adresem rezerwisty na kartce, pamiątkowym zdjęciem na karcie aparatu pomachałyśmy na pożegnanie naszemu koledze, którego może kiedyś uda nam się odwiedzić. Z oszronionym od skraplającej się pary z oddechu szalikiem i czapką, pozostawiając bagaże w przechowalni, wsiadłyśmy do marszrutki, kierującej się w stronę centrum. Tak zaczęłyśmy zwiedzanie.

Mijały godziny, a my nadal spacerowałyśmy. Przez długi czas nie wchodziłyśmy do żadnego pomieszczenia, podziwiałyśmy niezwykłą architekturę miasta. W centrum przeplatają się nowoczesne budynki ze starymi drewnianymi zabudowaniami, będącymi pozostałością minionej epoki – widok niesamowity. Liera i Aleks studenci architektury, u których zatrzymaliśmy się na noc, mieli podzielone zdanie na walory estetyczne architektury miasta. Jednak jak mówią Rosjanie o wkusach ne sporiat. Trzeba przyjechać, zobaczyć i samemu ocenić.

Zmarznięte palce, starałyśmy się nie wyciągać z rękawiczek. Ciężko było rozgrzać zziębnięte kończyny, dlatego próbowałyśmy nie tracić nagromadzonego ciepła. Trzymanie mapy i próba wytyczenia trasy to czynności, które przysparzały nam wielkie trudności, ale bez nich nie odnalazłybyśmy się w tym półmilionowym mieście. Do tego nasza widoczność była bardzo ograniczona nie tylko przez osłaniający twarz szalik i spuszczona prawie na oczy czapkę, ale dym, który spowił całe miasto. Skąd ten dym? – pytałyśmy się siebie nawzajem. Gdy dotarłyśmy nad Angarę wszystko stało się jasne. Przez dużą różnicę temperatur, woda z nigdy niezamarzającej rzeki parowała. Widok z brzegu był przysłonięty ścianą piętrzącego się dymu, jedynie odgłos nurtu wody był znakiem, że jesteśmy nad rzeką. Mimo wszystko miasto miało swój niesamowity klimat. Gdyby nie odmarzające kończyny i twarz, która była wystawiona na bezpośredni kontakt z syberyjskim klimatem, pewnie udałoby nam się zobaczyć wszystkie miejsca, które zaznaczyłyśmy na mapie miasta. Jednak po kilku godzinach przestałyśmy myśleć o kolejnych zabytkach, muzeach, cerkwiach, które były w planie. Gdy jednej z nas na nosie pojawiła się jasna plama odchodzącego od ciała naskórka, szybko zrozumiałyśmy, że krem na mrozy do -40 się nie sprawdził. Musiałyśmy się ogrzać. Weszłyśmy do pierwszego sklepu i spędziłyśmy tam kilkanaście minut, po czym ruszyłyśmy w dalszą trasę. Przyjęłyśmy nową technikę i co jakiś czas zachodziłyśmy do ciepłego pomieszczenia, aby się ogrzać. Okazało się, że to nie najgorsze rozwiązanie i poza nosem nie ucierpiała żadna część naszego ciała.

Udało nam się zobaczyć najważniejsze miejsca (niestety nie wszystkie), a wieczorem z poczuciem pełnej satysfakcji wreszcie zasiadłyśmy do ciepłego, domowego posiłku i zmyłyśmy trud całej podróży podczas długo wyczekiwanej kąpieli. W pociągu nie miałyśmy możliwości się umyć. Wbrew wszelkim przypuszczeniom przyznam, że można było wytrzymać bez prysznica. Była zima, w wagonie temperatura nie sprzyjała poceniu się, a przez całą trasę nie byłyśmy zbyt aktywne fizycznie. Mimo wszystko po podróży prysznic okazał się niezwykłym luksusem, który przyszło nam zakosztować ponownie, po długiej przerwie – dopiero w Moskwie.

Po pierwszym dniu zwiedzania w nocy temperatura spadła poniżej -45 stopni. Cieszyłyśmy się, że miałyśmy zapewniony nocleg i nie byłyśmy narażone na kontakt z taką temperaturą. W nocy ciężko było znaleźć sobie miejsce w śpiworze i na łóżku. Pomimo wielu warstw ciuchów, które mięłyśmy na sobie w czasie dnia, skóra nieprzyzwyczajona do warunków klimatycznych piekła nie tylko na twarzy, ale i na udach, palcach u stóp oraz rąk. Mimo wszystko wiedziałyśmy, że już jutro zobaczymy po raz pierwszy Bajkał i nieprzyjemności schodziły na plan drugi. Pomimo zmęczenia ciężko było zasnąć, bo gdy tylko zamykałam oczy widziałam obrazy z ostatnich dni. Wspominałam rozmowy, przeczytane artykuły, spotkanych ludzi, którzy okazali się przesympatyczni. A w planach miałyśmy odwiedzenie wyspy Olchon, która na zdjęciach wydawała się zimowym rajem.

Nagle usłyszałam budzik. Trzeba było wstawać. Po pożywnym śniadaniu wyruszyłyśmy w trasę. Musiałyśmy dojechać do centrum, bo mieszkanie naszych studentów było na obrzeżu miasta. Ze względu na złe warunki atmosferyczne marszrutka, którą miałyśmy dotrzeć na wyspę, nie wyjechała. I co teraz? – bezradnie spoglądałyśmy na siebie. Niestety nie miałyśmy planu awaryjnego, nie spodziewałyśmy się takiego przebiegu wydarzeń. Długo się nie zastanawiając, postanowiłyśmy nie poddawać się i zobaczyć tego dnia jezioro. Tak, jedziemy do Listwianki! – wiedziałyśmy, że nic innego nie wymyślimy, a każdy dzień był na wagę złota. W ciągu kilku sekund zmieniłyśmy nasze plany i wsiadłyśmy do tramwaju, aby dostać się na dworzec autobusowy. Potem kilka godzin w marszrutce i wreszcie przed nami rozpościerał się upragniony BAJKAŁ…cdn.

Magdalena Biernat