Krajobraz za oknem się zmieniał, pokonywałyśmy z coraz większą prędkością kolejne kilometry. Stolica była daleko za nami. W drodze byłyśmy już ponad 4 godziny, minęłyśmy 281 kilometr, zbliżałyśmy się do położonego nad Wołgą Jarosławia [Ярославль]. Miasto, które zostało założone w XI wieku, należy do Złotego Pierścienia Rosji. Jego zabytkowe centrum zostało zamieszczone na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Niestety w ciągu 20 minut nie mogłyśmy się przekonać o wyjątkowości tego miejsca. Nawet nie wyszłyśmy z pociągu, byłyśmy w trakcie rozmowy z naszymi nowymi sąsiadami.

Jeżeli już o nich mowa, to nasi towarzysze „z góry” pochodzili z kaukaskiej stolicy Dagestanu – Machaczkały. Cała drużyna, tzn. około 20 chłopaków w wieku od 13 do 18 lat, wraz z opiekunem byli w drodze do Permu, na zawody SAMBO. Jest to rosyjska sztuka walki, której nazwa to skrót pochodzący od pierwszych liter słów Samoobrona bez użycia broni [Сaмооборона Без Оружия]. Powstała ona na początku XX wieku, w wyniku połączenia różnych technik. Przez długi czas była podstawowa dla Armii Czerwonej, milicji bądź służb bezpieczeństwa. Obecnie jest bardzo popularna w południowo-zachodniej części kraju. Młodzi mieszkańcy Kaukazu wkładają w ten sport całą swoją duszę, dlatego nie dziwi fakt, że zawodnicy z tych rejonów zajmują miejsca na podium.

Nagle zaczęło brakować nam przestrzeni, czułyśmy się osaczone przez gromadę „młodych gniewnych”, którzy zgromadzili się obok naszych kojek. Bez wątpienia byłyśmy wielką atrakcją (jedyne dziewczyny w wagonie, do tego obcokrajowcy). Gdy po wielu próbach, udało się odgadnąć skąd jesteśmy (wbrew pozorom nie było to takie proste), rozmowom nie było końca. Kompanów drogi interesowało wszystko, co było związane z Polską, naszą przyszłością (tą bliższą i dalszą), oraz planami wycieczkowymi. Oczywiście nie mogli wyjść spod wrażenia, że podróżujemy same aby zobaczyć jezioro, w którym i tak nie będziemy się mogły kąpać oraz że wybrałyśmy pociąg, zamiast wykupić bilet na samolot. Język polski, pozornie podobny do rosyjskiego, wywoływał czasami salwy śmiechu. Po spotkaniu do słownika młodych współrozmówców weszło słowo „TINKI”, które okazało się fonetycznym odpowiednikiem polskiego „DZIĘKI”. Z każdej strony padały pytania, na które czasami ciężko było odpowiedzieć. Niektóre kwestie stawały się trudne do objaśniania przez piętrzące się różnice kulturowe. Naród kaukaski jest bardzo zróżnicowany pod względem etnicznym, językowym, kulturowym i wyznaniowym. Te wszystko czynniki wpłynęły na złożoną sytuację w tym regionie, o której nasi towarzysze mówili niechętnie. Raczej bagatelizowali problem i proponowali wizytę w celu weryfikacji informacji.

Po zaspokojeniu ciekawości naszych współrozmówców przyszła pora na zmianę miejsc. My również mogłyśmy pobawić się w dziennikarza i wypytywać o wszystkie ciekawe kwestie. Rozmowy trwały długo, do późnej nocy. Następnego dnia w godzinach popołudniowych przyszła pora rozstania. Nasza wspólna historia dobiegła końca.

W Permie pożegnaliśmy grupę z Kaukazu, za którą trzymałyśmy mocno kciuki i życzyłyśmy szczęścia na zawodach. Wagon nagle opustoszał. Za nami było 1435 kilometrów. Same nie wiedziałyśmy, jak ten czas nam minął. W podróży byłyśmy już ponad dobę. W polskich warunkach niewyobrażalna odległość tutaj stanowiła jedną trzecią trasy! Postanowiłyśmy rozprostować kości. W ciągu 20 minut nie udało nam się wiele zobaczyć poza dworcem, ale byłyśmy zadowolone, że mogłyśmy zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. Zaskakujące jest to, że na tak długim odcinku (do samego Irkucka), wszystkie stacje były w nienagannym stanie. Odremontowane, czyste, nawet w najdalszych wschodnich rejonach Rosji i na mniejszych stacjach panował ład oraz porządek. Tego możemy zazdrościć naszym dalekim wschodnim sąsiadom.

Po powrocie do wagonu czekały na nas nowe niespodzianki. Grupę chłopaków z Kaukazu zastąpili żołnierze, którzy zmierzali do miejsca, gdzie przyjdzie im spędzić rok swego życia – jednostki w Błagowieszczeńsku (końcowej stacji trasy). Kolejne dwie doby okazały się pełne nieoczekiwanych zwrotów akcji. W takim towarzystwie nie mogłyśmy się nudzić.

Na twarzach młodych chłopaków (większość z nich miała 18 lat) rysowała się niepewność i strach przed niedaleką przyszłością. Armia, która nie cieszy się dobrą sławą zarówno w kraju, jak i poza jego granicami, to przykry obowiązek obywatelski. Nasi kompani próbowali o tym nie myśleć, starali się unikać tematu i nie zastanawiać nad tym, co na nich czeka. Ich zainteresowanie wzbudziły dwie Polki, z którymi dzielili się swoim życiowym doświadczeniem. Z przyjemnością wspominali przyjęcie wydane przed ich wyjazdem, wyjście do bani z kolegami oraz ostatnie rozmowy z bliskimi.

Wśród całej grupy, szarą eminencją okazał się Sierżant, którego nie umiałyśmy zlokalizować wśród migrujących tam i z powrotem grup żołnierzy. Okazało się, że wkrótce nasza ciekawość została zaspokojona, poszukiwany postanowił sam się ujawnić. To chyba jedyna nieprzyjemna historia, która przysporzyła nam tyle strachu podczas całej podróży. Nie przesadzę, jeżeli napiszę, że byłyśmy sparaliżowane przy zawieraniu tej znajomości. Nasz nowy kompan od wejścia do wagonu nie pozwalał sobie wytrzeźwieć. Nie wiedziałyśmy, czego możemy się po nim spodziewać. Poza tym, nasz strach spotęgowała sytuacja, która miała miejsce kilka godzin wcześniej. Człowiek, który przed nami siedział, wykorzystując swoja pozycję, dawał do zrozumienia swoim podopiecznym, kto tutaj rządzi. Kazał im wykonywać przez długi czas przysiady oraz inne ćwiczenia, rzucając w chłopaków wyzwiskami. Sam natomiast leżał i delektował się tym obrazkiem powtarzając: Raz, dwa, raz, dwa…. Ta eskalacja władzy wprowadziła niezdrową atmosferę. Jednak nie spodziewałyśmy się, że już za kilka godzin człowiek za to odpowiedzialny postanowi nam towarzyszyć i zagrać w karty. Miałyśmy dużo szczęścia, Sierżant poza tym, że był „pod wpływem” i wracał się per Pani, raczej nie był wstanie do prowadzenia długich dysput. Oszołomiony zbyt dużą dawką alkoholu postanowił nas opuścić. Odetchnęłyśmy z ulgą! Resztę drogi spędziłyśmy w towarzystwie prowadnika. Niezwykle miłego i dobrego człowieka, który skory do rozmów opowiadał o swym zawodowym doświadczeniu. Nie omieszkał wspomnieć o obcokrajowcach, których spotkał podczas całego okresu pracy na kolei, swoich rodzinnych historiach i osobistych przygodach. Bajkał z jego opowieści stawał się coraz bardziej realny i możliwy do osiągnięcia. Czekałyśmy z niecierpliwością na kolejną stację, którą miał być Irkuck. Nagle pociąg się zatrzymał…cdn.

Magdalena Biernat